Ania Starmach o pracy na planie MasterChefa Juniora: "Z doświadczenia wiem, że dorośli robią sobie częściej krzywdę w kuchni niż dzieci"

Kulinarną rywalizację przed kamerami Ania Starmach zna od podszewki, bo sama uczestniczyła w konkursie Dzień Dobry TVN "Gotuj o wszystko". Dzisiaj zasiada w jury kolejnych edycji programów MasterChef i MasterChef Junior.
Zobacz wideo

Małagorzata Kubalska, Haps.pl: Czy mogłabyś opowiedzieć, jak zaczęła się Twoja kariera kulinarna?

Ania Starmach: Nie można porównywać mojej drogi kulinarnej do tych dzieciaków, bo moja rozpoczęła się znacznie później. Jako dziecko gotowałam, ale to było raczej przeszkadzanie w kuchni. Uczestnicy programu MasterChef Junior robią dzisiaj polędwicę Wellington, bardzo skomplikowane desery czy przystawki z przegrzebków. Więc nie są to produkty, z których ja korzystałam. Natomiast w moim domu zawsze dużo się gotowało. To pewnie dlatego podczas studiów stwierdziłam, że może zamiast historii sztuki warto skręcić w tę drogę kulinarną.

Przerwałam studia, pojechałam do Francji i tam skończyłam szkołę kulinarną Le Cordon Bleu. Po powrocie tak się potoczyły moje losy, że udało mi się wygrać konkurs w Dzień Dobry TVN. Potem gotowałam w Dzień Dobry TVN, aż wreszcie przyszedł czas Master Chefa. Miałam to szczęście, że zostałam wybrana do szacownego grona jurorskiego, gdzie jestem do dzisiaj.

Czy konkurs „Gotuj o wszystko” w jakiś sposób pomógł Ci w pracy jurora?

Oczywiście! Gdyby nie „Gotuj o wszystko”, gdyby nie Dzień Dobry TVN, to zakładam, że nie byłoby mnie w MasterChefie, bo najprawdopodobniej nikt by nie wiedział o moim istnieniu. Poza tym nie miałam takiego planu, żeby w ogóle występować w telewizji. To był trochę przypadek. Jak widać czasem te zbiegi okoliczności bywają bardzo korzystne.

W jednym z odcinków MasterChefa Juniora uczestnik przygotowywał makaroniki i przyznałaś, że to trudny deser i że go podziwiasz, że zdecydował się na tak ambitny przepis. Jak to jest gotować na planie, gdy w grę wchodzi rywalizacja?

Gotowanie w programie MasterChef czasami może wywołać stres, ale robimy wszystko, żeby jednak była to dla dzieci zabawa. Gdy teraz rozmawiamy z finalistami programu, to widzimy, że oni tak naprawdę pamiętają z MasterChefa tylko te dobre momenty. Stresu w życiu chyba nie da się uniknąć, a MasterChef to po prostu zabawa. Myślę, że udział w programie jest bardziej związany z pokonywaniem swoich słabości czy też nauką. Te dzieci sobie pomagają i życzą nawzajem samych najlepszych rzeczy.

MasterChef dla dorosłych to też bardziej zabawa? Czy właśnie w tej rywalizacji widać różnicę między programami?

Myślę, że MasterChef dla dorosłych też zmienia się na przestrzeni lat. Mieliśmy już siedem edycji. Na początku program miał inny charakter niż teraz. Uważam, że oprócz tej rywalizacji, którą obserwują widzowie, to dla uczestników udział w programie jest też związany z dużą dawką dobrej zabawy.

Czy Tobie inaczej pracuje się na planie z dziećmi i z dorosłymi, na przykład pod kątem komunikacji?

Nie ukrywam, że dziećmi pracuje się inaczej. One dają człowiekowi dużo uśmiechu i energii. Ich komentarze są czasem niewiarygodnie inteligentne. Niesamowite jest też to, że dzieci nie potrafią udawać i kłamać. Mnie wielokrotnie to rozbroiło. Chociaż nie zawsze nas słuchają. Czasami po prostu wiedzą lepiej. Mimo tego, że MasterChef z nazwy to jest ten sam program, to tak naprawdę te dwie wersje - MasterChef i MasterChef Junior - są zupełnie inne.

Masz rady dla rodziców, w jaki sposób można zachęcić dzieci do gotowania?

Sprawa jest bardzo prosta. Po prostu wpuścimy dzieci do kuchni i nie bójmy się tego, że nam rozbiją talerz, rozsypią mąkę czy zabrudzą płytę indukcyjną. Te rzeczy muszą się w końcu zdarzyć. Uczymy się przecież na błędach. Uważam, że lepiej wpuścić małe dziecko do kuchni, niż potem mieć 25-letnie dziecko, które kończy studia i nie wie, jak zrobić sobie jajecznicę. Uczymy dzieci czytania, pisania i powinniśmy też nauczyć gotowania. Oczywiście doradzając i czuwając, żeby nic złego im się nie stało. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że na planie to dorośli robią sobie dużo częściej krzywdę w kuchni niż dzieci.

Pamiętasz pierwsze danie, które sama ugotowałaś?

Moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczą głównie gotowania z kimś. Uwielbiałam robić z moim tatą naleśniki z serem, z moją babcią Zosią pierogi ruskie, a z drugą babcią piszingera, czyli taki torcik waflowy. Może nie były to skomplikowane rzeczy, ale mi się wydawały superwykwintne. Myślę, że jak byłam malutka, to większość pracy spoczywała na barkach dorosłych. Natomiast im stawałam się starsza, tym częściej oni patrzyli, jak ja coś wykonuję.

A teraz gotujesz w domu?

Nie wyobrażam sobie, żebym mogła nie gotować. Mam zawsze pełną lodówkę, pełny zamrażalnik. W związku z tym, że moja rodzina się powiększyła, teraz mam wielu gości i wszyscy mogą liczyć na kawałek ciasta.

Uważasz, że dzieci inaczej podchodzą do gotowania i patrzą na jedzenie?

Dzieciaki mają otwartą głowę, nie tylko jeśli chodzi o gotowanie, lecz także o inne dziedziny życia. Najbardziej lubię w nich to, że się po prostu nie boją. Nie mają zahamowań. Czasami ich propozycje kulinarne są zupełnie zwariowane i sama nie jestem w stanie sobie tych smaków wyobrazić, ale potem czegoś próbuję i okazuje się, że jest to wyborne. Fajne jest to, że te dzieci jeszcze nie są zepsute przez oczywiste skojarzenia. Na przykład to, że pomidory muszą być z mozzarellą, krewetki z czosnkiem, a ser biały ze szczypiorkiem. My dorośli myślimy już pewnymi utartymi schematami, a dzieciaki nie i to jest ich przewaga.

Czy gdy wymyślacie konkurencje w odcinkach MasterChefa Juniora, to nie myślisz sobie: „O rany, jak te dzieci sobie z tym poradzą”?

Tak, mam tak czasami. Najgorsza pod tym względem była pierwsza edycja. Bo tak naprawdę przed każdą konkurencją mówiłam, że dzieci nie zdążą, i że coś się nie uda. Dzieci zaskakiwały nas coraz bardziej z odcinka na odcinek i to tak naprawdę my się baliśmy bardziej niż uczestnicy. Teraz jest chyba w drugą stronę - przesadzamy, bo nam się wydaje, że te dzieciaki już wszystko potrafią zrobić. A czasami jednak nie wszystko im wychodzi. Tak czy inaczej ich poziom kulinarny i poziom wizualny ich dań jest z roku na rok coraz lepszy i jestem z nich bardzo dumna.

Jak myślisz, czy to, że dzieci, które biorą udział w programie, uczą się gotowania trochę „spontanicznie”, a nie krok po kroku, jest dobre?

Nie warto myśleć sztampowo, bo można się uczyć na wiele sposobów. I najlepszym jest ten sposób doświadczalny. Można się uczyć gotowania z internetu i z książek kucharskich, ale kiedyś w pewnym momencie i tak trzeba wziąć do ręki ten nóż i tę patelnię, bo to praktyka czyni mistrza.

Które danie z MasterChefa Juniora najbardziej Cię zaskoczyło pod kątem nietypowego połączenia składników lub stylizacji talerza?

Myślę, że takich dań było bardzo dużo. Zawsze patrzę życzliwszym okiem na desery i pamiętam wspaniałe torty korzenne i egzotyczne. W pamięć zapadły mi tarty z ostatniej edycji, które miały tak kruche ciasto, że nie wiedziałam, że może być aż tak kruche. Pamiętam makaroniki, pamiętam ciasto ptysiowe. Jest wiele tradycyjnych receptur, które są zmodyfikowane przez dzieciaki i naprawdę poznajemy je w nowej odsłonie.

Czy, gdy obradujecie z jury nad daniami uczestników i nad tym, kto będzie musiał opuścić program, macie wspólny front, czy trudno wam dojść do porozumienia?

Zawsze trudno podejmuje się decyzję o tym, kto ma odpaść z programu, bo my bardzo chętnie zatrzymalibyśmy wszystkich. Natomiast jesteśmy bardzo sprawiedliwi i większość decyzji podejmowanych jest tak naprawdę za nas. Jeśli coś jest przesmażone, niedopieczone, surowe, nie ścięte, to danie jest obiektywnie nieprawidłowo zrobione. Czasami decydują jakieś wpadki kulinarne, a czasami po prostu ktoś gotuje tak dobrze, że przeskakuje innych uczestników o głowę i wiadomo, że to on ma być tym MasterChefem. Doświadczenie pokazało mi, że jesteśmy bardzo zgodnym jury.

Jak myślisz, skąd dzieci mają taką wiedzę odnośnie kulinariów? Co daje im takiego kopa do działania?

Mówiliśmy wcześniej o tym, że są różne drogi dojścia do tego, żeby być dobrym kucharzem. Nie da się ukryć, że dzisiejsze dzieciaki po części żyją w internecie i to jest ich główne źródło inspiracji. Ale zdarzało nam się spotykać dzieci, które gotują w domu, bo ich rodzice nie gotują albo bardzo dużo czasu spędzają z dziadkami i to dziadkowie uczą ich gotować. Także historii jest tyle, ile dzieciaków.