Ekspertka wskazuje pułapki na etykietach. "Te słowa nic nie znaczą. To marketingowe sztuczki"

- Jest mnóstwo trików producentów, które są wykorzystywane, by zachęcić nas do kupna. Gdy widzimy na pierogach hasło "pierogi jak u babuni", to od razu mamy większą chęć, by je wziąć, bo przywołują miłe wspomnienia pierogów, które jadaliśmy u babci. Takie skojarzenia są często wykorzystywane przez producentów, żeby zachęcić do kupienia produktu - mówi w rozmowie z Haps.pl Agnieszka Pocztarska, założycielka serwisu Czytamy Etykiety.

Aleksandra Wiśniewska, Haps.pl: Czy nauczenie się czytania i przede wszystkim rozumienia składów produktów jest łatwe?

Agnieszka Pocztarska, założycielka serwisu Czytamy Etykiety: Jestem tego najlepszym przykładem. Z wykształcenia jestem marketingowcem, nigdy nie byłam związana z dietetyką, a dzięki temu, że stworzyłam serwis Czytamy Etykiety i dzięki pracy z etykietami na co dzień, nauczyłam się je czytać. Uważam, że czytanie etykiet produktów spożywczych nie jest aż tak trudne, jak w przypadku kosmetyków. Wtedy często mamy do czynienia albo z łacińskimi nazwami, albo z anglojęzycznymi, co nie występuje na produktach spożywczych.

Zobacz wideo Marzena Okła-Drewnowicz: Kiedy emerytury do 5000 złotych bez podatku? Prace trwają

Jest chyba też prawny wymóg, by skład produktów spożywczych był podany w języku zrozumiałym, czyli w naszym przypadku – polskim.

Tak, ale skład na etykiecie jest napisany małą czcionką – która dla wielu jest trudna do rozczytania (nie mówię już o sytuacjach, kiedy produkt ma nierówny kształt i etykieta jest niewyraźna). Robiąc zakupy, najczęściej się śpieszymy, a na pewno nie mamy czasu, aby rozszyfrowywać różnego rodzaju niejasne dla nas sformułowania. Na przykład znalezienie wśród składników określenia typu E330 powoduje u nas od razu niepokój – bo mamy skojarzenie, że jest to coś złego – a jest to akurat kwasek cytrynowy, który został zapisany skrótem z dwóch powodów. Po pierwsze jest krótszą formą (a przy małej etykiecie każda linijka tekstu ma znaczenie), po drugie E330 jest oznaczeniem przyjętym na terenie Unii Europejskiej i producenci mogą go używać zamiennie z pełną nazwą.

Niemniej jednak jestem przykładem, że czytania etykiet można się nauczyć.

Oznaczenie z "E" jest legalne i można go używać zamiennie z pełną nazwą, ale gdy ludzie je widzą, od razu myślą, że produkt jest pełen chemii, a w rzeczywistości nie każde "E" jest szkodliwe.

Jak najbardziej. Pamiętam, gdy zaczęłam czytać etykiety, to wydawało mi się, że muszę wszystkie "E" znać na pamięć, żeby móc być pomocną, czy bez problemu odpowiadać na pytania od naszych czytelników. Jednak każdy dietetyk, z którym współpracowałam, śmiał się, że nawet oni (pracujący na co dzień z pacjentami) ich wszystkich nie znają i wspomagają się internetem. Zresztą niedługo uruchamiamy aplikację Czytamy Etykiety, w której będzie można łatwo i wygodnie sprawdzić poszczególne składniki i substancje.

Jakie są żelazne zasady, o których powinniśmy pamiętać, gdy analizujemy etykietę?

Ja mam trzy zasady podstawowe. No może cztery. Po pierwsze wybieram jak najmniej przetworzone produkty z jak najprostszym składem.

Po drugie - cukier nie może być na jednym z trzech pierwszych miejsc w składzie. Pamiętajmy o tym, że składniki w spisie są ułożone w porządku malejącym, czyli na pierwszym miejscu jest składnik, którego w produkcie jest najwięcej. Patrzę też na tabelę wartości odżywczych i maksymalna wartość, na którą się godzę, to 12 g cukru na 100 g produktu (najczęściej jest to w jogurtach owocowych, które moje dzieci lubią).

Trzecia kwestia to olej palmowy. Omijam produkty z tym składnikiem, przede wszystkim ze względów etycznych związanych z jego pozyskiwaniem. Uważam, że na rynku są inne, bardziej wartościowe tłuszcze roślinne i wybieram produkty z nimi w składzie. Unikam też syropu glukozowo-fruktozowego, bo to kolejna forma cukru, bardzo często wybierana przez producentów żywności.

Czyli słodyczy pani nie je?

Jem, ale robię je sama lub rzeczywiście stawiam i kupuję te, które mają dobry skład. Zrobiłam kiedyś doświadczenie z moimi synami. Poszliśmy do sklepu i oni koniecznie chcieli coś słodkiego. Odpowiedziałam im, że nie ma problemu, ale mam warunek, aby to coś, co wybiorą było: bez cukru na trzech pierwszych miejscach, bez oleju palmowego i bez syropu glukozowo-fruktozowego. Miałam ich z głowy na całe zakupy. Nie przynieśli niczego. To jest smutne, bo pokazuje, jaka jest jakość większości słodyczy.

To o czymś świadczy, że nadal nawet bardzo duże i znane marki korzystają z oleju palmowego. Myśli pani, że to się w końcu zmieni?

Bardzo małymi krokami. Jeśli my konsumenci nie przestaniemy kupować tych rzeczy, to to się nie zmieni. Bo dlaczego miałoby? To najtańszy tłuszcz, więc im się to finansowo opłaca. Jeden z polskich producentów żywności powiedział mi wprost, że nie zmieni tego składnika, bo ludzie nadal kupują jego produkty, a stosowanie oleju palmowego jest dla niego najbardziej opłacalne. Więc dopóki my nie zmienimy naszych nawyków, to producenci nie zrezygnują.

Dlaczego ostrzega się konsumentów przed niektórymi substancjami i składnikami w żywności? Przecież są przepisy prawne, które pozwalają na dodawanie ich do jedzenia, a jednak wciąż czytamy w internecie apele, by uważać na te czy inne dodatki.

Wynika to ze złożoności procesu dopuszczania składników i całych produktów do użytku. Mamy też mnogość badań i opinii różnych naukowców – które mogą być sprzeczne i stąd mogą pojawiać się sprzeczne wiadomości.

Zanim bowiem dopuści się składnik do użytku, prowadzone są badania, które potwierdzą, że nie jest szkodliwy. Badania są jednak powtarzane i gdy okaże się, że substancja źle wpływa na zdrowie, sprawa trafia do wielu instytucji w Unii Europejskiej, które same muszą to dokładnie sprawdzić. Zanim więc zakaz zostanie wprowadzony, to my, konsumenci, możemy już dawno wiedzieć o tym, że dany składnik szkodzi, a jednocześnie nadal na rynku są produkty, które go zawierają, bo proces zmian i wycofywania trwa. We wszystkim trzeba zachować więc balans i zdrowy rozsądek.

Inaczej byśmy chyba nic nie kupili...

Dokładnie, nie ma produktów idealnych. Albo byłyby to bardzo drogie produkty, a my Polacy bardzo dużą wagę przykładamy do cen i oczywiście nie można nam się dziwić. Ale musimy pamiętać, że im wyższa jakość produktów, tym cena też będzie wyższa.

Zatrzymajmy się przy tej cenie. W wywiadzie dla kobieta.gazeta.pl powiedziała pani, że drogi kosmetyk wcale nie znaczy lepszy. Czy to samo można powiedzieć o produktach spożywczych, czy na jedzeniu jednak lepiej nie oszczędzać?

Na jedzeniu nie należy oszczędzać – bo to, co zjemy wpływa na nasze zdrowie. Dzięki sprawdzaniu składu i wartości odżywczych wybieramy to, co najlepsze. Jesteśmy tym, co zjemy – brzmi przysłowie i miejmy to zawsze w głowie.

Ja kilkanaście lat temu podjęłam decyzję, że gotuję w domu posiłki na co dzień: obiady do pracy dla męża, przekąski dla dzieci po szkole. Wiem jednak, ile czasu to ode mnie wymaga. A obecnie, kiedy ciągle gnamy do przodu, jest to trudne. Jestem więc za tym, by wspomagać się gotowcami z dobrym składem, których na rynku jest coraz więcej, ale robić to świadomie, czytać ich składy.

Skład i cena podczas robienia zakupów to jedno. Często producenci nas kuszą, a my dajemy się złapać, różnymi hasłami i określeniami widocznymi na opakowaniach. Kiedy powinna nam się zapalić czerwona lampka?

Jest mnóstwo trików producentów, które są wykorzystywane, by zachęcić nas do kupna. Gdy widzimy na pierogach hasło "pierogi jak u babuni", to od razu mamy większą chęć, by je wziąć, bo przywołują miłe wspomnienia pierogów, które jadaliśmy u babci. Takie skojarzenia są często wykorzystywane przez producentów, żeby zachęcić do kupienia produktu.

Nadużywanie określeń typu "bio", "eko", zielonych listków, krowy, która stoi na zielonej łące to kolejna metoda. Kojarzy się to pozytywnie, ale musimy pamiętać, że to, że coś jest eko albo bio, wcale nie oznacza, że ma dobry skład. Cukier trzcinowy może być eko, ale to nadal cukier. Nie możemy brać tych produktów w ciemno, trzeba zawsze sprawdzać etykiety.

Żeby móc używać określeń "bio" lub "eko" na opakowaniach, trzeba też spełnić określone wymogi. Nie dotyczy to jednak takich określeń, jak "zdrowa żywność" albo "naturalny".

Tak, one nic nie znaczą. To są tylko po prostu marketingowe sztuczki. Ale gdy konsument widzi zielony napis "naturalne", to nie zastanawia się nad składem, tylko bierze, bo ma pozytywne skojarzenia.

Od 9 lat pani razem z całą ekipą serwisu Czytamy Etykiety organizuje plebiscyt, w którym wyłaniane są produkty - spożywcze i kosmetyczne - z najlepszymi składami. Jak to się zmieniło na przestrzeni czasu? Czy producenci przykładają większą wagę do tego, by składy były lepsze?

Ależ oczywiście, że tak! Zauważyłam, że produkty się zmieniają, ale też my jako społeczeństwo jesteśmy bardziej świadomi i patrzymy na składy. Producenci to widzą. Pojawia się dużo lokalnych, polskich marek, które dostarczają nam świetnych produktów i które walczą o to, by być w najpopularniejszych sklepach, w których robimy zakupy. Nie przesadzę, mówiąc, że Czytamy Etykiety to miejsce, które dla producentów ma ogromne znaczenie. Gdy z nimi rozmawiam i wręczam im statuetki, mówią mi, że wiedzą, że zrobili coś dobrego. Dotyczy to zwłaszcza dużych korporacji, ponieważ małe, polskie marki zawsze były tego bardziej świadome. Gdy więc duża firma dostaje takie wyróżnienie, słyszę od jej przedstawicieli, że dzięki temu wiedzą, w którym kierunku podążać. W naszym Plebiscycie Czytamy Etykiety głosuje kilkadziesiąt, a nawet kilkaset tysięcy osób, więc to jest dla nich informacja zwrotna od olbrzymiej społeczności. Widzimy więc, zarówno my jako Czytamy Etykiety, jak i cała społeczność, która nas czyta, jak to się zmienia i jak w umysłach producentów zachodzi ewolucja.

Produkty do plebiscytu mogą też zgłaszać sami czytelnicy. Powiedziała pani, że jako konsumenci mamy coraz większą świadomość. Jestem ciekawa, jak dużej selekcji zgłoszonych produktów musicie dokonywać?

Jest tego sporo! Już nawet nie pamiętam, ile tych zgłoszeń było... Gdy dokonywałyśmy selekcji, najpierw patrzyłyśmy, czego jest najwięcej. Potem to zawęziłyśmy i wybierałyśmy produkty, które znamy i o których wiemy, że ludzie je najbardziej lubią i doceniają, ponieważ celem Czytamy Etykiety jest pokazywanie produktów, które wszyscy jesteśmy w stanie kupić i które są łatwo dostępne. Musiałyśmy wykonać ogrom pracy, bo zarówno w kategorii kosmetycznej, jak i spożywczej użytkownicy zgłosili ogromną liczbę propozycji.

Sprawdzenie produktów pod kątem składów zapewne też jest czasochłonne.

Wszystkie produkty, które są w plebiscycie, mają dobre składy, są łatwo dostępne i lubiane. Po naszej selekcji wszystko zostawiamy w rękach naszej społeczności – która głosuje. Widzimy też ogrom pracy producentów, którzy, gdy widzą, że są nominowani, angażują w głosowanie swoje społeczności.

Bardziej zaangażowane w promocję produktów nominowanych w Plebiscycie Czytamy Etykiety są firmy kosmetyczne czy spożywcze?

Myślę, że kosmetyczne, ale przypuszczam, że wynika to z tego, że jest wśród nich więcej polskich marek, dla których relacja ze swoją społecznością jest bardzo ważna i które na co dzień są z nią bardzo blisko.

Serwis Czytamy Etykiety już po raz dziewiąty organizuje plebiscyt, w którym wybiera najlepsze pod względem składu produkty kosmetyczne i spożywcze. Nagrody zostaną rozdane w 19 kategoriach spożywczych i 23 kosmetycznych. Na swoich faworytów można zagłosować do 10 marca 2024 na stronie Plebiscyt Czytamy Etykiety. Gazeta.pl jest patronem medialnym tego wydarzenia.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.