"W sklepach nie było mięsa, tośmy kupowali te puszki". Dziś płacimy za to krocie w restauracjach

Mięsa w PRL-u było jak na lekarstwo, ale nie można powiedzieć, że nie było go w ogóle. Jednak zamiast mięsa wołowego, wieprzowego czy dziś popularnego drobiu, niemal pod dostatkiem było czego innego, za co dziś płacimy miliony monet w restauracjach. - Ziemniaki, pietruszka i te gumowate kostki były w internacie w każdy piątek - słyszę od cioci.

Kto jeszcze pamięta czasy PRL-u? Jedzenie na kartki, wieczny brak mięsa w sklepach i kombinowanie, jakby zdobyć dobrą szynkę lub schab? No cóż, tak było i wystarczy zapytać rodziców lub dziadków, żeby upewnić się, że czasy "komuny" może i były wesołe, ale niezbyt obfite w łatwy dostęp do mięsa. Co jadło się w PRL-u, kiedy sklepy mięsne świeciły pustką i wypucowanym plastikiem? Nie zgadniecie, a jak zgadniecie, niech wam sprzyja szczęście przez pół roku. Moja ciocia doskonale to pamięta, a ma już swoje lata. 

Zobacz wideo

Co jadło się w PRL-u, kiedy brakowało mięsa? Teraz zajadamy się tym w restauracjach

Prawda jest taka, że władza komunistyczna usiłowała ingerować w każdy aspekt życia Polaków, a Polacy mieli mało do powiedzenia. Taka kontrola nie ominęła także kuchni, bo kto pamięta, ten wie, że w sklepie mięsnym był do dostania tylko czarny salceson oraz pustka. Chyba że stawialiśmy na puszki. Mielona tyrolska lub szynka luksusowa była "na  święta". Co innego z kalmarami. Te można było dostać dużo łatwiej, były względnie tanie i smaczne tak, że aż strach... - mówi ciocia Teresa i tak je wspomina:

Szybko wyprowadziłam się z domu i nie znałam dokładnie smaku ryb, o owocach morza nie wspomnę. Jednak kalmary w zalewie można było kupić w prawie każdym sklepie. Jak poszłam do internatu, co piątek była sałatka z ziemniaków, pokrojonych kalmarów, pietruszki i czosnku. Było smaczne, ale wolałam kalmary w occie.

Smażone kalmary - obecnie często podawane są w takiej formieSmażone kalmary - obecnie często podawane są w takiej formie Alessio Orru / Shutterstock

Rozumiecie? Kalmary tańsze i łatwiej dostępne niż mięso? Dziś nikt by o tym nie pomyślał, jednak takie kalmary, jakie zamawiamy w restauracjach, nie do końca przypominają te sprzed lat. To były kawałki lub krążki w zalewie, czasem octowej albo w oleju. Przez to kalmary były twarde i, jak wspomina ciocia, zupełnie niesłone. Jednak sałatka ziemniaczana z kalmarami zapadła jej w pamięć jako coś naprawdę dobrego. 

Lubiłam ją i naprawdę ceniłam ten smak, chociaż same kalmary nie skradły mi serca, tak w sałatce smakowały świetnie. Na początku lat dziewięćdziesiątych jednak momentalnie zniknęły ze sklepów. Kiedy udało mi się znaleźć puszkę, chciałam odtworzyć ten przepis i zrobiłam tę sałatkę. Jak wujek ją zjadł, rzygał jak kot po śledziach

- wspomina. Czyli kalmary były dobre do czasu. Były sprowadzane z Rosji, czyli wówczas "naszego najlepszego przyjaciela". Może niektórym smakowały, może faktycznie dobrze łączyły się z ziemniakami, ale jedno jest pewne - kalmary mogą być pyszne, ale tylko z zaufanego źródła. 

Nie tylko kalmary. W PRL-u zajadali się także rzeczami, na które nikt teraz nie spojrzy

Niby w PRL-u było ciężko o mięso (chyba że ktoś miał spryt, znajomości lub szczęście). Jednak co dziwne, na stołach nie brakowało bardzo trudnych (w moim przekonaniu) pyszności. O sałatce z kalmarami już była mowa, ale czy możemy zapomnieć o innych smakołykach? Ktoś teraz kupuje pasztetową albo salceson z głowizny i nóżek? Mam nadzieję, że tak. Zamiast sałatki z kalmarów musiała pojawiać się także jarzynowa, najczęściej gotowana z mięsa z rosołu lub innych zup, lecz także nieśmiertelna galareta i pieczone pałki z pieczarkami. - To danie jednak było serwowane od święta - wspomina ciocia.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.