Są polsko-indyjskim małżeństwem. Niedawno zamieszkali w Polsce. "Wszyscy ciągle mówią o jedzeniu"

Aleksandra Wiśniewska
Poznali się na Facebooku. Później zamieszkali razem w Londynie, a niedawno przeprowadzili się do Polski. Sylwia i Meru to polsko-indyjskie małżeństwo, które zaskarbiło sobie sympatię tysięcy polskich internautów, m.in. testując w zabawny sposób polskie i indyjskie dania, przysmaki i słodycze. W rozmowie z Haps.pl opowiedzieli, jak bardzo, wbrew pozorom, podobne są nasze narody, które polskie dania są najlepsze i dlaczego indyjskie restauracje w Polsce muszą się jeszcze wiele nauczyć.

Aleksandra Wiśniewska, Haps.pl: Jak się poznaliście?

Sylwia: Przyjaciel Meru znał mojego przyjaciela, w związku z czym wyświetliłam się Meru w proponowanych znajomych na Facebooku. Któregoś razu do mnie napisał...

Meru: Wyglądała uroczo, więc chciałem się po prostu przywitać. Nie wiedziałem, że to się tak skończy (śmiech).

Sylwia: Tak, nie planowaliśmy tego (śmiech). Kiedy do mnie napisał, zastanawiałam się, kto to jest. Ja byłam wtedy w Polsce, on studiował i pracował w Londynie. Nigdy nawet nie planowałam, że wyjadę do Anglii, nie miałam tego na swojej liście. Ale rozmawialiśmy i rozmawialiśmy, i rozmawialiśmy...

Meru: I wtedy zorientowała się, jak wspaniałą osobą jestem (śmiech).

Kiedy przeprowadziłaś się do Meru do Londynu?

Sylwia: Najpierw odwiedziłam go latem, na krótko, żebyśmy mogli się lepiej poznać. Chciałam też zobaczyć samo miasto. Nadal byłam wtedy na studiach, więc musiałam wrócić do Polski i skończyć uniwersytet. Dopiero wtedy zdecydowaliśmy, że przeprowadzę się do Londynu i zobaczymy, jak nasze uczucie będzie się rozwijać...

Meru: Na początku to była tylko przyjaźń, ale z czasem zorientowaliśmy się, że nasza znajomość się rozwinęła i wspięła na kolejny poziom. Zamieszkaliśmy ze sobą i tak to się zaczęło. Trwało to całkiem długo, chyba trzy lata, zanim zdecydowaliśmy, że chcemy spędzić razem resztę życia.

Sylwia: Żeby trochę umiejscowić to wszystko w czasie, dodam, że zaczęliśmy rozmawiać na Facebooku w 2012 roku, czyli 12 lat temu!

Mieliście dwa śluby?

Sylwia: Mieliśmy ślub indyjski. Planowaliśmy też polski, ale wiesz, jak to jest... Życie się toczyło, pracowaliśmy, ale też zastanawialiśmy się, ile to będzie kosztować... Ale kto wie, może weźmiemy niedługo ślub w Polsce?

Meru: Ja jestem gotowy!

Szczególnie że polskie wesela są pełne jedzenia, tego nie można przegapić!

Meru: I bimbru!

Tak, bimber! Rzeczywiście bardzo ważna część polskich wesel. Opowiedzcie więc, jak wygląda indyjska ceremonia? Jestem szczególnie ciekawa pod kątem jedzenia. W Polsce, jak już wspomniałam, jest go zazwyczaj aż po sufit...

Meru: Ok, zacznijmy od tego, że w zachodnich społeczeństwach panuje błędny pogląd, o czym przekonałem się, mieszkając przez wiele lat w Londynie, że Indie to kraj przede wszystkim wegetariański. Tymczasem jest zupełnie inaczej. Większość osób, włącznie ze mną, nie jest wegetarianami. Jemy dużo mięsa, np. jagnięcinę, kurczaki, ale mamy też oczywiście wiele wegetariańskich potraw.

Sama ceremonia dzieli się natomiast na trzy części. Najpierw jest tzw. rytuał henny, kiedy na rękach maluje się henną różne wzory. Potem odbywa się ślub, a na koniec przyjęcie. W skrócie polega ono na tym, że rodzina pana młodego wita i przyjmuje do siebie pannę młodą. To ogromna impreza, podczas której serwowane są wszystkie możliwe potrawy zarówno mięsne, jak i wege.

embed

fot. archiwum prywatne Sylwii i Meru

Jak długo to wszystko w takim razie trwa, skoro są aż trzy etapy?

Meru: W Indiach obowiązuje kalendarz księżycowy, więc trochę się to różni od tego, jak jest w Europie. Są pewne daty, kiedy nie powinno się brać ślubu.

Sylwia: Podobnie jest w Polsce. Istnieje taki przesąd, że aby mieć szczęście, ślub należy wziąć w miesiącu, który ma R w nazwie.

Meru: Nie wiedziałem o tym. W każdym razie w Indiach w związku z innym kalendarzem i niesprzyjającymi datami może być tak, że ślub będzie trwał nawet miesiąc. Nasz trwał aż trzy tygodnie. Co ciekawe, nie można wtedy tak po prostu opuścić przyjęcia. Trzeba zapewnić gościom zakwaterowanie na cały ten czas.

Matko, trzy tygodnie... Ile to wszystko kosztowało?!

Sylwia i Meru: Za dużo!

Sylwia: Chyba przede wszystkim przez jedzenie...

Meru: Jedzenie to jedno, ale największym wydatkiem było wynajęcie sali. Zresztą chyba podobnie jest w Polsce. Szczerze, to ja mógłbym zrobić wesele nawet w parku, zorganizowalibyśmy dobre jedzenie i dla mnie byłoby to ok (śmiech).

Czy wasze rodziny miały okazję się poznać? Jak się dogadują?

Sylwia: Pewnie! Moi rodzice przyjechali na nasze indyjskie wesele. Mogli na własnej skórze przekonać się, jak wyglądają lokalne tradycje i poznać rodzinę Meru, i bardzo się polubili. Teraz niestety ze względu na dużą odległość, która dzieli nasze kraje, nie widują się często, ale na pewno chcieliby. Czasami, gdy rozmawiamy z rodzicami Meru przez telefon z włączoną kamerą, to podchodzą, witają się ze sobą.

Meru: Największym problemem jest bariera językowa. Moi rodzice mówią w hindu i po angielsku, a rodzice Sylwii tylko po polsku. Ale mimo to świetnie się dogadują na takim ludzkim poziomie. Czasem jesteśmy z Sylwią zaskoczeni, jak dobrze się rozumieją, nawet ze sobą nie rozmawiając.

Do niedawna mieszkaliście w Londynie. Do Polski przeprowadziliście się w zeszłym roku, prawda? Dlaczego?

Sylwia: Tak, z Londynu do Polski przeprowadziliśmy się pod koniec lata 2023 roku.

Meru: Decyzja o zmianie była podyktowana chęcią bycia bliżej rodziny przynajmniej jednego z nas. Mieszkaliśmy w Anglii przez 10-11 lat i doszliśmy do momentu, w którym stwierdziliśmy, że chcemy być z bliskimi. Myśleliśmy też o kupnie domu, a w Polsce za tę samą cenę co w Londynie można znaleźć znacznie lepsze oferty.

Meru, czy to była dla ciebie duża zmiana?

Do Polski przyjeżdżałem od lat. Odwiedzaliśmy między innymi rodzinę Sylwii podczas świąt. Zresztą, co pewnie wiesz, w Londynie jest bardzo wielu Polaków, więc samo zetknięcie z polską kulturą nie było dla mnie nowe. To, co zauważyłem od razu, to że Polacy są bardzo rodzinni i zżyci z bliskimi. Trochę przypomina mi to Indie, dla nas więzi rodzinne też są bardzo ważne. W mojej rodzinie bardzo cenimy sobie bliskie relacje z dziadkami i w Polsce jest podobnie, babcia jest niezwykle ważnym członkiem rodziny.

Do czego najtrudniej było ci się przyzwyczaić? Czy coś było dla ciebie zupełnie niezrozumiałe?

Meru: O rany... Nie wiem, chyba nic! (śmiech)

Sylwia: Wydaje mi się, że na początku trudno było ci się przyzwyczaić, że nie możesz dostać wszystkich przypraw, których używasz do gotowania.

Meru: Niby tak, ale przecież zamawiam online. Może taką trudnością, która czasem się zdarza, jest bariera językowa. Chociaż w Radomiu, gdzie mieszkamy, jest całkiem nieźle. Ludzie mówią trochę po angielsku, ja mówię trochę po polsku i jakoś się dogadujemy. W Warszawie na pewno jest lepiej, tam, jak przypuszczam, dużo więcej osób zna angielski. Więc tak, powiedziałbym, że pewnym wyzwaniem jest język, ale powoli staram się uczyć polskiego, a póki co z wieloma osobami jestem w stanie się dogadać, więc ewentualne problemy z komunikacją nie są moim dużym zmartwieniem.

Dostrzegacie w naszych narodach jakieś podobieństwa?

Meru: O tak! Tak jak wspomniałem wcześniej są to na pewno bardzo bliskie relacje z rodziną. Ale też to, że wszyscy ciągle mówią o jedzeniu! Podczas śniadania mówisz o tym, co będziesz mieć na obiad, a podczas obiadu opowiadasz, co zjesz na kolację. Dokładnie tak samo jest w Indiach. Kochamy jeść, jesteśmy zakręceni na punkcie jedzenia! Podczas codziennych rozmów z rodzicami rozmawiamy głównie o jedzeniu: co zjemy, co ugotujemy.

A polska kuchnia? Pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z polskim jedzeniem? Co to było?

Meru: To będzie bardzo stereotypowe, co powiem, ale pierwszym polskim daniem, którego spróbowałem, były pierogi.

No tak, oczywiście!

Meru: To było jeszcze, gdy mieszkaliśmy w Londynie. A może nie? Nie, chyba jednak pierwszy raz spróbowałem pierogów w Polsce. W każdym razie nie były dla mnie kompletną nowością, bo w Indiach mamy coś podobnego, co nazywa się momo.

Sylwia: Są trochę jak nasze polskie pierogi, ale gotowane na parze.

Meru: I podobnie jak w Polsce mogą być nadziewane bardzo różnymi farszami: kurczakiem, warzywami, np. kapustą tak samo jak u was. Więc to mnie nie zaskoczyło, ale uwielbiam gołąbki. Zwłaszcza gdy robi je Sylwii babcia. Najlepszy jest sos pomidorowy, nie przepadam do końca za kapustą, ale mięsny farsz w środku jest świetny.

Zobacz wideo Zobacz przepis Hapsa na butter chicken, czyli klasyk kuchni indyjskiej

Musisz w takim razie spróbować gołąbków z kiszoną kapustą. To jedyne, które ja akceptuję.

Meru: Ok, takich jeszcze nie jadłem. Co jeszcze mi smakuje... Kiełbasa, oczywiście!

Sylwia: I flaki. Bardzo wiele osób się dziwi, kiedy słyszą, że lubisz flaki, bo nawet w Polsce nie wszyscy za nimi przepadają.

Meru: Tak, mama Sylwii robi flaki z wieprzowiny i je uwielbiam. Większość osób zapewne byłaby zdegustowana, gdyby zobaczyła, że ma jeść wnętrzności. Ale dla mnie są świetne! W Indiach też mamy coś podobnego, ale z jagnięciną.

Sylwia: Twoi rodzice też lubią wiele polskich potraw.

Meru: Tak, np. zupę ogórkową. Ja bardzo lubię też żurek, zwłaszcza ten, który robią w górach. O mój Boże, jakie to jest dobre...

Ciekawe, bo obcokrajowcom zazwyczaj niezbyt smakują kiszonki i ogólnie kwaśne potrawy...

Meru: Naprawdę?!

Tak, np. zupa ogórkowa dla niektórych jest zbyt kwaśna.

Sylwia: Rzeczywiście, to kwestia trochę specyficznego smaku. Ale znów, w Indiach macie podobną potrawę.

Meru: Tak i pewnie dlatego mi smakuje. Indyjskie jedzenie jest bardzo różnorodne. Jeśli chodzi o taką kwaśną zupę, to w Kaszmirze, z którego pochodzę, mamy gulasz jagnięcy robiony w sosie tangy. Smak jest podobny, jest w nim wyczuwalna taka kwaśna nuta. To nie jest dokładnie to samo, ale da się wyłapać pewne podobieństwa.

Zauważyłem, że w Polsce mam też fazy na różne jedzenie. Na przykład jakiś czas temu miałem fazę na hot dogi ze stacji benzynowych. Lubiłem zwłaszcza te z kabanosem. Ale potem chyba mi się przejadły, może za często je kupowałem. Później przerzuciłem się na pasztet. Mogłem go jeść dosłownie ze wszystkim. Aktualnie moim ulubionym daniem jest schabowy. Z ziemniaczkami, ze śmietaną na górze i ogórkami kiszonymi. Schabowy to jest życie! Gdyby Bóg przyszedł teraz do mnie i powiedział, że zabiera mnie na górę, odpowiedziałbym, że dobrze, bo czuję się spełniony (śmiech). To jest ten poziom uwielbienia.

To co mówisz zdaje się potwierdzać moje wrażenie, które odniosłam, oglądając was na TikToku i Instagramie, że smakuje ci wszystko. Ale nam możesz tutaj zdradzić sekret, jak jest naprawdę... Jest coś, czego nie lubisz?

Meru: Oczywiście, jest wiele rzeczy, których nie lubię. Sylwia, no co tak na mnie patrzysz?! (śmiech)

Sylwia: Ok, ok! (śmiech)

Meru: Gdybym miał więc coś wybrać, byłyby to pierogi z kapustą. Według mnie są odpychające, ale nie mam pojęcia, dlaczego. Zjadłbym je, ale...

Sylwia: Ty byś zjadł wszystko. Zwłaszcza z mięsem.

Meru: Nieprawda, nie tylko z mięsem. Bardzo lubię np. serek. Co jest dla mnie zaskakujące, bo wcześniej nie jadłem go w wersji na słodko, a w pierogach bardzo mi smakuje. Ale np. nie lubię serników. Przykro mi.

Naprawdę? Jestem rozczarowana...

Meru: Lubię sernik na zimno, taki kremowy z serka śmietankowego. Ale ten twaróg z wiaderka, który macie? No nie, dla mnie jest w nim coś kwaśnego.

Sylwia: Co kwaśnego? Przecież to ten sam ser.

Meru: No i co? Próbowałem polubić, ale nie polubiłem...

Jedyny rodzaj sernika, którego ja nie akceptuję, to sernik z rodzynkami. Boże, to powinno być zakazane.

Meru: O tak, ja też tego nie lubię. Ale pączki lubię!

Rozmawialiśmy wcześniej o kwaśnych potrawach i o żurku, który w Polsce jemy zwłaszcza na Wielkanoc. A ta już tuż, tuż. Jak wyglądają wasze święta, skoro pochodzicie z różnych kręgów kulturowych? Obchodzicie też te hinduskie?

Meru: My moglibyśmy obchodzić wszystkie święta, na których jest jedzenie (śmiech). Jeżeli ktoś zaprosiłby nas na przykład na jakieś afrykańskie święto, nie miałbym nic przeciwko. Moim zdaniem w świętach chodzi jednak przede wszystkim o to, by spędzić je w gronie najbliższych. Jedzenie jest oczywiście ważną częścią, ale na pierwszym miejscu powinna być rodzina. Gdy byłem dzieckiem, to w mojej indyjskiej szkole celebrowaliśmy wszystkie święta, więc np. Boże Narodzenie w Indiach też obchodzimy. Pamiętam, jak na lekcjach ubieraliśmy choinki i przynosiliśmy do szkoły ciasta.

Jako dziecko obchodziłem też oczywiście hinduskie święta, np. Holi, czyli święto kolorów albo Diwali, czyli święto światła i teraz też wspólnie je celebrujemy – albo w Indiach z moją rodziną, albo w Polsce. Zatem tak, obchodzimy wszystkie święta. Przy okazji muszę zapytać, dlaczego nie jecie karpia przez resztę roku, a tylko na Boże Narodzenie? To niesamowita ryba.

Jesteś pierwszą osobą, którą znam, która mówi, że smakuje jej karp.

Meru: Naprawdę? Ty jej nie lubisz?

Nie wiem, dlaczego Polacy tak się uparli na karpia. Ma pełno ości i śmierdzi mułem.

Meru: Może ludzie nie przepadają za nim, bo jest dość tłusty...

Sylwia: Co zabawne, w Indiach też jedzą karpia. Nie jest to dokładnie ta sama ryba, ale też jest gatunkiem z rodziny karpiowatych. Nazywa się rohu.

Meru: Myślę, że mogłaby ci zasmakować, bo jest delikatniejsza i bardziej mięsista niż karp. Nie jest taka tłusta. Bardzo smaczna, polecam.

Meru, co myślisz o stylu spędzania polskich świąt? Jedzenia mnóstwo, zwykle bardzo tłuste i słodkie... Lubisz to?

Meru: Kocham to! (śmiech)

Tak myślałam!

Meru: Uważam, że jedzenie podczas świąt jest bardzo ważne i moim zdaniem wcale nie jest go za dużo. Powiedziałbym, że to raczej standardowa ilość. Szczerze mówiąc, chciałbym, żeby było go jeszcze więcej (śmiech). Miło jest spotkać się przy stole z całą rodziną i dzielić z nią posiłek. To najważniejsza sprawa.

Wiem, że w domu gotujecie i po polsku, i po indyjsku. Czy uważacie, że nasze kuchnie mogą się wzajemnie inspirować?

Meru: Oczywiście! Myślę, że pomiędzy polską i indyjską kuchnią jest wiele podobieństw. Mnóstwo osób pewnie byłoby zdziwionych, bo pokutuje stereotyp, że kuchnia indyjska jest głównie wegetariańska i dość specyficzna. Ludziom wydaje się, że mięsa u nas nie uświadczą, a to nieprawda. Kuchnia indyjska od polskiej na pewno zaś różni się tym, że jest ostrzejsza, co jest całkowicie zrozumiałe, bo mamy łatwiejszy dostęp do różnych rodzajów przypraw. Ale to nie jest reguła, jest dużo restauracji, które podają łagodniejsze potrawy.

Sylwia: Nawet kuchnia twojej mamy nie jest tak bardzo pikantna. Przyszło mi jeszcze do głowy, że w Indiach kochacie kalarepę.

Meru: Kalarepa! Jak już wspominałem, pochodzę z Kaszmiru, czyli górzystego regionu i moi rodzice szaleją na punkcie kalarepy. Dla mnie osobiście nie, ale dla mieszkańców Kaszmiru kalarepa to życie. Moi rodzice byli więc bardzo zszokowani, gdy wysłałem im zdjęcie kalarepy z polskiego sklepu. "Mówisz poważnie?!" - nie dowierzali. Kompletnie się nie spodziewali, że ich ulubione warzywo jada się również w Polsce.

embed

fot. archiwum prywatne Sylwii i Meru

Przyrządzacie ją w Indiach w jakiś specjalny sposób?

Meru: Nic wielkiego. Po prostu gotujemy, dodajemy odrobinę soli, oleju i to wszystko. Czasem ewentualnie można dorzucić jedną papryczkę chili, jeśli ktoś chce. Tak przygotowana kalarepa ma łagodny i delikatny smak, ponieważ nasze chili z Kaszmiru nie jest pikantne. Bardzo czerwone, ale nie pikantne. Nadaje potrawie ładnego, ciemniejszego koloru.

Sylwia, co byś przeniosła z kuchni indyjskiej do polskiej, a ty Meru z polskiej do indyjskiej?

Sylwia: Myślę, że byłby to ryż. W Indiach mają bardzo dobry ryż o długich ziarnach. Do polskiej kuchni z chęcią dodałabym też kaszmirskie przyprawy. Nie żadne inne, tylko konkretnie kaszmirskie. Są delikatne w smaku, ale wystarczy niewielki dodatek, by nadać potrawie fajnego aromatu. O, wiem, co jeszcze! W Indiach mają bardzo dobre danie z ziemniaków, nazywa się dum aloo. Też chętnie bym je przeniosła do polskiej kuchni. Ale oczywiście nie można przenieść wszystkich smaków, bo wtedy to już by nie była ta unikalna polska kuchnia.

Meru: Ja z kolei przeniósłbym wszystkie zupy. Kuchnia indyjska zupami nie stoi. Oczywiście mamy kilka, ale nie są niczym nadzwyczajnym, np. pomidorowa, grzybowa. Takie zwykle jada się na weselach, w domu raczej zup się nie przygotowuje. Poza tym indyjskie zupy są lekkie, nie do końca traktowane jak posiłek. W Polsce jest zupełnie inaczej. W waszych zupach jest wiele dodatków, kiełbasa, jajka, ziemniaki. Myślę, że w Indiach brakuje takich zup jak żurek czy ogórkowa.

Indyjska kuchnia jest w Polsce dość popularna. Meru, jak ty jako rodowity Hindus oceniasz nasze restauracje z indyjskim jedzeniem?

Meru: Są absolutnie okropne! (śmiech)

Za mało przypraw?

Meru: Nie chodzi tylko o to. W jednej z indyjskich restauracji w Warszawie zamówiliśmy kiedyś danie, które nazywa się kurczak malai tikka. To kawałki kurczaka w kremowym sosie z dużą ilością ziół i przypraw. Pracownik, który przyjmował zamówienie, wyglądał bardzo autentycznie, jak Hindus i wszystko było robione od zera, co odebraliśmy jako dobry znak. Spróbowaliśmy tego i w ogóle nie smakowało tak jak powinno.

Sylwia: Przypominało szpitalne jedzenie.

Meru: Kurczak smakował, jakby został po prostu ugotowany z niewielkim dodatkiem papryki. Wtedy poczułem się urażony (śmiech).

Sylwia: Był zupełnie bez smaku, nie było w nim żadnej soli, nic.

Meru: Póki co trafiłem tylko do jednego indyjskiego lokalu, w Warszawie, ale nie pamiętam nazwy, w którym mieli dobre przekąski. Czuję więc, że Bóg specjalnie przysłał mnie tu z misją, żebym to zmienił (śmiech). A tak na poważnie: rozumiem, że kuchnie z innych krajów trzeba czasem przystosować do lokalnych realiów, bo np. Polacy nie używają aż tylu przypraw. Ale w momencie, kiedy zmieniasz swoją kuchnię całkowicie, to jaki jest sens, by ją robić? Tak więc uważam, że w indyjskich restauracjach w Polsce nie ma prawdziwej indyjskiej kuchni.

Czy Polacy i Hindusi mają jakieś kulinarne przyzwyczajenia, które was wciąż dziwią?

Meru: W Indiach, gdy jemy ryż w domu, jemy go rękami. W Polsce się tego nie robi. Chyba trochę rozumiem, z czego to wynika, ale np. moi rodzice potrafią to robić bardzo elegancko.

Sylwia: My też niektóre rzeczy jemy rękami.

Meru: Tak? Na przykład co?

Sylwia: Na przykład przekąski. Możesz sobie wybrać, co chcesz i wziąć.

Meru: Racja, tak samo pizzę, frytki...

Pączki!

Meru: Fakt! Ale potem kleją się palce i trudno się powstrzymać, żeby ich nie oblizać... Wracając do pytania, to poza tym jedzeniem rękami wydaje mi się, że wszystko inne jest do siebie raczej podobne. Nie przychodzi mi do głowy więcej różnic.

To teraz mam do was naprawdę trudne pytanie. Która teściowa lepiej gotuje?

Meru: O wow!

Sylwia: Trudno powiedzieć, bo w moim domu nigdy nie jedliśmy codziennie polskich potraw. Moja mama gotuje wszystkiego po trochu. Polską kuchnię jadaliśmy głównie u babci. Moja mama robiła np. sushi, makaron, ryż. Codziennie było coś innego. Z kolei mama Meru gotuje tylko indyjskie potrawy, zwłaszcza kaszmirskie. Więc bardzo trudno je ze sobą porównać.

Meru: Bardzo miła i bardzo dyplomatyczna odpowiedź (śmiech).

Sylwia: Ale obie gotują bardzo dobrze. Mieliśmy tylko jeden problem z moją teściową: używała za dużo soli, ale ostatnio zmniejszyła tę ilość i jest idealnie. Bardzo lubię wiele potraw, które przygotowuje i kiedy przyjeżdża, robi niektóre specjalnie dla mnie. Nawet Meru ją o nie nie prosi.

Meru: Wydaje mi się, że obie mamy, i moja, i Sylwii, bardzo troszczą się o swoją kuchnię. Moja mama jest tym typem osoby, która uważa, że jej kuchnia jest najlepsza (śmiech).

Sylwia: Gotują bardzo smacznie i szczerze mówiąc, wolimy jeść to, co one przygotują niż wychodzić na miasto. Ich jedzenie jest lepsze niż w restauracjach.

Meru: Zwłaszcza że w przypadku indyjskiego jedzenia to, co widzisz w restauracjach, wcale nie pokrywa się z tym, co ludzie w Indiach jedzą na co dzień w domach. Różnica jest bardzo duża.

Sylwia: To, co gotuje rodzina Meru z Kaszmiru w ogóle nie wygląda jak indyjskie potrawy, które znamy. Jedzą kalarepę, szaleją za szpinakiem...

Meru: Jemy też smażone łodygi kwiatu lotosu, podobnie jak w Chinach. To bardzo unikalna potrawa.

A które z was dwojga jest lepszym kucharzem?

*W tym momencie Sylwia i Meru pokazują na siebie nawzajem*

Kolejna dyplomatyczna odpowiedź!

Sylwia: Ja gotuję inaczej. Muszę mieć uporządkowany plan. Meru gotuje prosto z serca. Dodaje cokolwiek, miesza ze sobą i za każdym razem wszystko do siebie pasuje i jest pyszne. Z kolei ja w trakcie gotowania często próbuję, czy mi smakuje i sprawdzam, czego jeszcze brakuje.

Meru: To jest jej strategia: zachęci mnie do gotowania, a potem wszystko zje (śmiech).

Sylwia: Chciałabym podkreślić, że Meru gotuje też polskie jedzenie, nie tylko indyjskie. Zresztą nie jest tak, że nie jemy nic poza tym, lubimy też inne kuchnie. Więc tak, uważam, że gotuje bardzo dobrze.

Meru: Nie, to nieprawda. Zgadzam się, że dobrze wychodzą mi indyjskie dania...

Sylwia: Ale polskie też, chociażby kotlety mielone.

Meru: Tak, ale mielone to żadna fizyka kwantowa. A ty robisz jeszcze inne rzeczy, zupy, np. żurek. Natomiast rzeczywiście moje indyjskie potrawy są bardzo dobre. Przez lata dopracowywałem moje umiejętności, żeby dojść do jak najlepszego poziomu, więc moim zdaniem gotuję po indyjsku lepiej niż ktokolwiek inny. Ale Sylwia też robi bardzo dobre indyjskie dania i bardzo dobre polskie.

Sylwia: Może powiem tak: moja teściowa zaakceptowała moją indyjską kuchnię. Więc jest dobrze.

Sylwię i Meru znajdziecie w mediach społecznościowych, m.in. na TikToku i Instagramie, pod nazwą polsko_indyjska_rodzinka.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.