Agata Gwiazdowska: Dawać, ale z głową i z umiarem. Cukier sam w sobie, czyli np. domowy batonik, cukierki, lody na mieście, tort, nie jest niczym złym, jeżeli jest wyjątkiem. Czyli jeżeli takie przekąski nie są podawane trzy razy dziennie, bez kontroli i w zastępstwie za obiad, to są w porządku. Oczywiście byłoby fantastycznie, gdybyśmy korzystali tylko ze zdrowych słodkości, ale bądźmy ludźmi. Cukiernie są prawie na każdym rogu i my, dorośli, też czasami mamy ochotę na coś słodkiego i pysznego, więc dlaczego nasze dziecko ma tylko patrzeć? Możemy je poczęstować, możemy pójść razem na coś słodkiego, pod warunkiem, że to wyjątek, a nie zasada.
Tak, ale rekomendowałabym kupowanie słodkości w stylu domowych wypieków, które są bardziej sprawdzone niż te z podejrzanym składem. Całkowicie wyrzuciłabym z diety, zarówno naszej, jak i dzieci, słodycze, które są umieszczone w sklepach na wysokości dziecięcych oczu. Takie, które są bardzo kolorowe, w składzie mają całą tablicę Mendelejewa, a na drugim albo nawet na pierwszym miejscu syrop glukozowo-fruktozowy i utwardzacze. Dlatego lepszym wyborem będzie dobra, rzemieślnicza lodziarnia albo zrobienie czegoś razem w domu, nawet gdyby miało to być ciasto czekoladowe.
Nagradzać trzeba umiejętnie, a zasada ta dotyczy również nas dorosłych. Bo gdy raz dostaniemy nagrodę, za każdym razem będziemy chcieli być nagradzani, a przecież nie ma możliwości, by dostawać ją za każde osiągnięcie, za każdy złożony raport itp. Tak samo nasze dziecko. Jeśli za dobrze posprzątany pokój ma dostać czekoladę, to znaczy, że za drugim razem też ją dostanie. A gdy nie dostanie, to dojdzie do wniosku, że nie opłaca mu się sprzątać pokoju. Dlatego nie jestem za tym, by dawać dzieciom nagrody w postaci słodkości lub czegokolwiek materialnego. Powinniśmy wykonywać dane czynności dla siebie, a nie po to, by otrzymać nagrodę.
Znam to bardzo dobrze na własnym przykładzie. Utarło się, że dziadkowie przecież są od rozpieszczania, a nie od wychowywania. Tylko nie zawsze tak jest, często również pełnią rolę wychowawczą i wtedy powinni wziąć sobie do serca zasady ustanowione przez rodziców i też je stosować. Gdy przejmują pieczę nad naszym dzieckiem, powinni trzymać się tych ustaleń. Dlatego bardzo proszę każdą babcię i każdego dziadka, by porozmawiali ze swoimi dziećmi o zasadach, jakie u nich panują i je respektowali. A jeżeli dziadkowie mają ochotę rozpieścić wnuka, to tu dobrym rozwiązaniem może być, tak jak już wcześniej wspomniałam, wspólne przygotowanie ulubionego ciasta czy kolorowego deseru - raz na jakiś czas. Co dodatkowo też wspaniale umacnia relacje. Bo zdaję sobie sprawę, że całkowity "detoks cukrowy" na linii dziadkowie-dzieci bywa bardzo trudny.
Jest taka zasada, że trzymamy dziecko pod parasolem ochronnym jak najdłużej. Ale oczywiście, że nie da się go chronić całe życie. W końcu dziecko trafi do przedszkola, szkoły, na urodziny w sali zabaw, gdzie jest pełno żelków, galaretek, pianek, czyli najgorszego cukru. Który często nawet nie jest cukrem, tylko jeszcze gorszym syropem glukozowo-fruktozowym. Dlatego nie da się ich uchronić, tak samo jak przed światłem niebieskim. To jest naturalna kolej rzeczy.
Ale możemy uczyć nasze dzieci już od małego dobrego wybierania słodyczy. Zamiast łapać pierwsze lepsze batoniki sklepowe, niech łapią za dobrej jakości ciastko upieczone w domu z mamą, tatą lub babcią. Możemy organizować dziecku zabawy udające przeprowadzanie badań naukowych na określenie słodkiego smaku. Bo przecież słodkie są nie tylko słodycze. Fruktoza, która znajduje się w owocach, to również jest cukier. Cukrem jest także laktoza, którą dziecko wypija razem z mlekiem matki. Więc ono słodki smak już zna właściwie od początku swojego życia.
Uważam tak na własnym przykładzie, bo tak wychowuję swoją córkę. Stale edukując ją, jak powinno się wybierać jedzenie ze sklepu. Naturalnie, gdy na urodzinach innych dzieci na stole są żelki i zdrowe daktylowe batoniki, to logiczne, że nie sięgnie po zdrowy batonik, tylko po żelki. Wszystkie dzieci będą jadły żelki, to dlaczego ona ma ich nie jeść, nawet jeśli ma wysoką świadomość? Ale gdy to jest wyjątkowa sytuacja, bo na urodziny nie chodzi się przecież codziennie, to ja nie mam nic przeciwko. I gdy jesteśmy na zakupach, a ona prosi mnie, by kupić jej coś dobrego, nigdy nie wybierze żelków, bo wie, że to jest totalne dziadostwo. Może mnie za to namówić na dobrej jakości lody albo na kupienie składników i zrobienie ich w domu razem. Zatem moja córka wie, jak wybierać zdrowsze słodycze, ale nie jestem w stanie kategorycznie zakazać jej innych słodyczy. W gronie rówieśników może czuć się przez to inna, wykluczona, bo mama nałożyła takie zasady. Dlatego nie dajmy się zwariować.
Oj, zdecydowanie! Nawet jeżeli wychowamy dziecko w domu bez słodyczy, to przecież kiedyś pójdzie do kolegi czy koleżanki, a tam będą batony i czekolada. I tu pojawia się edukacja, o której mówiłam wcześniej. Bo to od nas i naszych zasad będzie zależało, czy dziecko u koleżanki zje tylko kilka żelków, czy napakuje sobie nimi całą buzię.
Wszystko z pieczonych owoców lub przerabianie owoców na inne sposoby. Zwykłe pokrojone jabłko wygląda inaczej niż upieczone pod orkiszową kruszonką z migdałami. Zrobienie z dziećmi jabłka na trzy sposoby to fantastyczna zabawa. Upieczone, wyciśnięte w formie soku, zamrożone, a potem starte do jogurtu, które trochę udaje lody, ale lepiej nazwijmy to mrożonym deserem. To może być turbo doładowanie słodyczowe, ale z wartościami odżywczymi.
Mmm, mój ulubiony!
Przede wszystkim: czym poić nasze dzieci? Wodą, wodą, wodą i długo, długo, dłuuugo nic.
Organizm potrzebuje wody, bez dwóch zdań. Można ją urozmaicać różnymi dodatkami, np. kawałkami owoców czy zielonymi listkami np. mięty, melisy, bazylii, pietruszki. Możemy też zamrozić kawałki owoców, np. cytryny, która nam zostanie, i dokładać do wody w formie kostek lodu. Wtedy ta woda nabiera jakiegoś aromatu i zapachu.
Tak, woda też jest pułapką! Może nazywać się wodą, a w składzie będzie miała jeszcze wiele innych rzeczy. Kupując wodę, chcę, żeby składała się po prostu z wody. Tymczasem w wodach smakowych, poza samym aromatem, możemy natknąć się na duże dawki cukru i regulatorów kwasowości.
W tych lepszych, oczywiście poza wodą, powinny znajdować się soki zagęszczone, ewentualnie może też być regulator kwasowości, który producenci dodają m.in. żeby przedłużyć termin przydatności wody do spożycia. Ale im krótszy skład, tym lepszy. Na pewno nie może być tam cukru.
Ja bym raczej zastanowiła się, czy w ogóle dawać dzieciom przekąski między posiłkami. Uważam, że jako społeczeństwo przekarmiamy dzieci. Ale jeżeli mamy potrzebę dawania dziecku przekąski, najlepiej, żeby były to warzywa i owoce. Pamiętajmy przy tym, że owoce to fruktoza, jej też nie powinno być zbyt dużo. Żeby warzywa i owoce były bardziej atrakcyjne, można pokroić je w słupki albo użyć specjalnych wykrawaczek, które mają różne kształty, ciekawe dla dzieci - od serduszek, przez misie, po dinozaury. Zdecydowanie przyjemniej je się marchewkę w miło kojarzącym się kształcie.
To jest trudne, bo pory jedzenia powinny być wyznaczone. Ale faktycznie, gdy zajdzie taka potrzeba albo np. jesteśmy w podróży i wiemy, że do obiadu jest jeszcze daleko, to tak jak mówiłam, najlepsze są różnego rodzaju warzywne pomysły. Nie muszą to być surowe warzywa, chociaż to jest najbardziej rekomendowane. Mogą to być np. warzywne muffinki. Mimo że wiele dzieci pewnie pomyśli, że muffiny mogą być tylko na słodko, to jeśli od początku będziemy je uczyć, że może być inaczej, zaakceptują to. Tak samo buraczane naleśniki wypełnione np. serkiem. Również soki warzywne, które można wymieszać z owocami.
A to z kolei moja córka jednak preferuje słupki warzywne, najlepiej bardzo kolorowe. Lubi też robić szaszłyki z pomidorków z mozzarellą i zawsze chce, żeby tam działo się jak najwięcej. Dobry jest też pomysł przemycania warzyw np. w cieście marchewkowym, szpinakowych gofrach czy dyniowych kluseczkach. To naprawdę działa! Fantastyczna jest też zupa krem, bo przyjmie każde warzywo, nawet to najbardziej znienawidzone.
Dokładnie tak. Jeszcze inny przykład, bardzo na czasie. Świetnie sprawdzają mi się malutkie, warzywne pączki z air fryera, które moja córka nadziewa sobie na wykałaczkę i daje jej to ogromną frajdę.
Ze szpinaku, kukurydzy i zblendowanej dyni. W środku można ukryć kawałek mozzarelli, kawałek szynki, co kto lubi.
Też to widzę. Dzieje się tak dlatego, że to bezpieczny wybór nas, rodziców. Bo gdy idziemy do restauracji, gdzie wydajemy spore pieniądze, mamy ochotę mieć święty spokój, a nasze dziecko ma być najedzone. A jak ma być najedzone, to najemy je pewniakiem, czyli właśnie frytkami, nuggetsami i może jakąś surówką, ale bez przesady, nie rozpędzajmy się aż tak. Nie lubię chodzić do restauracji właśnie przez to, że ubogie menu dziecięce narzuca na moje dziecko wąski horyzont.
Z innej strony często przyświeca taka myśl, że dziecko zje tylko połowę porcji dla osoby dorosłej, więc menu dziecięce będzie tańsze, a więc trzeba dać te pewniaki, które są proste i szybkie w przygotowaniu. To błędne myślenie, bo dziecko też potrafi zjeść, np. kawałek dobrej ryby z ziemniakami i surówką z kiszonej kapusty albo pieczonego kurczaka z kluseczkami i kolorową sałatką. Bo dzieci znają te smaki. Tylko to po naszej, rodzicielskiej stronie jest pałeczka i chęć, by przysiąść z dzieckiem i poświęcić mu czas podczas jedzenia. Jednak generalnie menu dziecięce w restauracjach to niezła masakra i trudno jest znaleźć restaurację, która będzie świecić przykładem i gdzie dziecko będzie traktowane na równi.
Tak, jak najbardziej, ale niech to nie będą tylko pierogi z serem na słodko. Dlaczego dzieci miałyby jeść tylko takie? Gdy idziemy do ukraińskiej restauracji, ja nawet nie otwieram karty dla dzieci, bo moja córka od razu pyta, czy są pielmieni. Nigdy nie dostawała innego jedzenia niż my. Jadła te same posiłki, tylko mniej słone lub mniej słodkie i oczywiście mniejsze porcje. Tak buduje się kulinarną świadomość u dzieci. I jeśli my rodzice będziemy to robić, to może i restauratorzy zmienią podejście.
Byłam z córką na Sri Lance. Miałam obawy, co będzie jadła, bo bałam się, że tamtejsza kuchnia nie będzie się dla niej nadawać. Ale te wątpliwości trwały chwilę. Przecież zawsze coś będzie. Nie zajrzałam tam do menu dziecięcego. Wyszukiwałam jej po prostu grillowanego kurczaka i prosiłam kucharzy, by był mniej ostry i udało się. Tylko mnie się musiało chcieć. Musiałam poświęcić jej czas i uwagę.
Teraz jest okres wakacyjny i wszyscy będziemy gdzieś wyjeżdżać z dziećmi. Nierozmawianie z nimi o jedzeniu i niepytanie ich o zdanie jest dla mnie czymś zastanawiającym. Trzeba się z dzieckiem przejść po restauracji hotelowej, pokazać mu, co jest w bemarach i opowiedzieć. Można zaproponować, że popróbujemy różnych rzeczy i zobaczymy, co jest smaczne. Tylko trzeba chcieć.
Spróbujmy dodawać dzieciom co nieco w małych proporcjach. Na początek wymieszać zwykły makaron z razowym. Jeśli dziecko lubi sos pomidorowy z mięsem, wmieszajmy mu trochę czerwonej soczewicy. A jak przemycić warzywa? Najlepiej w tym sosie. Zblendujmy je i dołóżmy do mięsa, trochę je ukrywając.
Ale wydaje mi się, że na tym polega wychowywanie dzieci. Po to się zdecydowaliśmy na dziecko. One są jak książka z pustymi kartkami. To od nas, rodziców, zależy, jak te kartki będą zapisane. Cudownie jest patrzeć, jak kiełkuje każde twoje słowo. Dziecko widzi w rodzicu superbohatera. Więc jeśli będziesz jeść makaron razowy, ono też go zje. Nawet jak na początku nie będzie mu smakować, a ty powiesz, że jest przepyszny, to za piątym czy dziesiątym razem w końcu się przekona. I tak, nie zawsze mamy czas na to, by ciągle coś smakować i wyszukiwać. Ale czasem udaje się go znaleźć. I najlepiej, gdyby to "czasem" było trochę częściej. Chciałabym, żebyśmy zatrzymali się w tym wirze codziennych obowiązków i poświęcili czas zarówno sobie nawzajem, jak i dziecku. Bo on jest tak bardzo ulotny, a wychowywanie dziecka jest czymś niezwykłym, satysfakcjonującym i bardzo ciekawym.
To wszystko rzeczywiście buduje frustrację i piętrzy problemy w głowie, ale fantastycznie byłoby wziąć głęboki oddech, policzyć wolno do 10 i powiedzieć sobie głośno i wyraźnie: to jest moje życie, buduję je na własnych zasadach i jeśli moje dziecko ma ochotę na gofra z bitą śmietaną, to niech go zje raz na jakiś czas. Jako wyjątek, a nie zamiennik za obiad lub kolację. Nie dajmy się zwariować.
Agata Gwiazdowska - ekspertka kulinarna, najmłodsza uczestniczka programu Hell's Kitchen, osobowość medialna i twórczyni na Instagramie. W latach 2022-2023 prowadziła program GO-TU-JEMY dla TVP abc. Obecnie wydaje również pierwszy kulinarny podcast w Polsce o życiu "co przekazuJESZ.". Agata na co dzień zarządza firmą Pełny Brzuszek, która specjalizuje się w przygotowywaniu zdrowych posiłków dla szkół i przedszkoli. Jest mamą pięcioletniej Heleny.