Choć dziś większość z nas kupuje chleb, bułki i rogale na sztuki lub wagę, kiedyś liczby w piekarni miały większe znaczenie. Szczególnie, gdy chodziło o hurtowe zamówienia. W czasach, gdy kontrola jakości opierała się na uczciwości, a nie systemach monitoringu, piekarze woleli dmuchać na zimne. Stąd właśnie wzięła się tradycja dodawania czegoś ekstra. Ten mały zapas chronił ich przed zarzutem, że pieczywa jest za mało.
Na pierwszy rzut oka wszystko wydaje się oczywiste - tuzin to przecież dwanaście. Ale jeśli kiedykolwiek ktoś powiedział, że piekarska wersja tego określenia to 13 sztuk, nie był wcale w błędzie. Nazwa ta sięga czasów średniowiecznej Anglii za panowania króla Henryka III. Piekarze obawiali się wówczas surowych sankcji za zbyt małe lub niedoważone bochenki.
Jak pisał Bill Bryson w książce "W domu. Krótka historia rzeczy codziennego użytku", przez jakiś czas rozważano nawet wysyłanie nieuczciwych piekarzy aż do Australii. Aby uniknąć kłopotów, zaczęli dodawać jedną sztukę gratis, na wszelki wypadek. Tak narodziła się tradycja piekarskiego tuzina, czyli 13 zamiast 12. Był to również symbol uczciwości wobec klienta - lepiej dać za dużo niż za mało.
W przeciwieństwie do klasycznego tuzina, piekarski używa się w specyficznym kontekście. Dziś zwrot ten bywa stosowany jako ciekawostka językowa lub anegdota. W kulturze anglosaskiej mówi się o baker’s dozen, a niektóre piekarnie - zwłaszcza lokalne i rodzinne - nadal kultywują ten zwyczaj, dorzucając klientowi jedną lub dwie bułki więcej. Robią to z powodu tradycji, ponieważ o surowych przepisach już dawno zapomniano.