We wspomnieniach osób, których dzieciństwo przypadało na czasy PRL-u (choć później też), często przewija się chleb z masłem i cukrem traktowany jako słodka przekąska. Dziś przed półką ze słodyczami można byłoby stać przez długie minuty i zastanawiać się, czy mamy ochotę na zwykłą mleczną czekoladę, truskawkową, czy może jednak ciasteczkową, z żelkami, karmelem i Bóg wie czym jeszcze. Mimo tak ubogiego wyboru, który mieliśmy przed laty, lubimy wracać do tamtych czasów, choć gdzieś w głębi mamy świadomość, że niekoniecznie było lepiej i łatwiej. Jednak bycie sentymentalnym to nic złego, zwłaszcza gdy opowiadamy o dziwacznych przekąskach, które kiedyś uważaliśmy za rarytas, a dziś są przedmiotem zabawnych anegdot. Czym zatem zajadaliśmy się za dzieciaka?
Zacznijmy od wspomnianego chleba z masłem i cukrem. To oczywiście klasyk. Jadła go moja mama ("jeśli było masło" - dodaje), mój teść, ale też koleżanka z redakcji z pokolenia millenialsów. Choć ona, jak mówi, w bieda-wersji, bo bez masła. "Chleb moczyło się kranówką i posypywało cukrem" - opowiada. Jednak obok wersji podstawowej oraz bieda-wersji, była też, jak mówi moja mama, wersja na bogato, czyli chleb z cukrem i ze śmietaną.
Inna koleżanka z redakcji zaskoczyła mnie historią swojej mamy, która wydrążała zwykłą bułkę, nasączała ją esencją z herbaty, wsypywała cukier, wkładała miąższ z powrotem (dzięki temu nasiąkał słodką esencją) i tak jadła. "Szczerze? Pamiętam, że mi to smakowało. Taka budżetowa wersja drożdżówki" - przyznaje. Chleb generalnie był i często nadal jest bazą tego typu dziwnych przysmaków i przekąsek. Niektórzy jedzą go z masłem, solą i szczypiorkiem, a inni z masłem i plasterkami jabłka. "Niektórzy uważali, że to dziwne" - mówi mi Alicja.
Mój tata miał fazę na "poznański deser". Była to czerstwa bułka lub chałka gotowana w mleku
- opowiada Magda.
Za dzieciaka lubiliśmy też dziwne połączenia z cukrem. Moje rozmówczynie przyznały się m.in. do:
Moja mama wspomniała jeszcze o cukierkach, które robiła jej mama. "Gotowała cukier na syrop, a potem wylewała na papier. Jak masa wystygła, robiła się twarda i smakowała jak słodkie landrynki" - opowiada.
Druga kategoria najczęściej wspominanych "deserów" to wszelkiego rodzaju produkty w proszku lub granulowane. Jedzone oczywiście na sucho. Jednym z nich była granulowana herbatka owocowa. Z jakiegoś powodu z bratem i siostrami nazywaliśmy ją "herbatką z aronii", mimo że z aronią nie miała nic wspólnego - najczęstszymi smakami były cytrynowy i brzoskwiniowy. Jako dziecko byłam przekonana, że aronia to po prostu ten granulat. Teraz, gdy jest już dla mnie jasne, że nie, nie umiałabym wytłumaczyć, skąd wzięło się to określenie.
W każdym razie taka herbatka najlepiej smakowała na sucho, jedzona łyżką. Ale nie tylko ona. Chyba każdy pamięta wyjadany paluchami prosto z saszetki Vibovit. "No i oranżada w proszku. Również jedzona na sucho, jęzorem z torebki. Tyle że to nie jest "dziwny przysmak", bo wszyscy to jedli" - dodaje Agata. Ona do tej listy dodaje jeszcze swoją "budżetową wersję czekolady", czyli kakao w proszku wymieszane z cukrem.
To ja jeszcze wyznam, że jak byłyśmy same w domu z siostrą, wyjadałyśmy z puszki - ekskluzywną jak na tamte czasy - śmietankę do kawy w proszku. Completa się nazywała i w reklamie było hasło: Kawa bez Complety to jak 'Dynastia' bez Alexis
- opowiada Marta.
O ulubione, nietypowe przysmaki zapytaliśmy też naszych czytelników na Facebooku. Królowały: chleb z masłem i cukrem oraz ze śmietaną i cukrem, oranżada w proszku, Vibovit. Pojawiły się też jednak nowości. Pani Beata, oprócz Vibovitu, lubiła też wcinać suche mleko w proszku. Do listy dziwnych cukrowych połączeń można też dodać kiszoną kapustę z cukrem pani Kamili. Niektórzy jedli sam chleb z musztardą, a nawet chleb z cukrem i... smalcem.
Pan Krzysztof wspomina natomiast produkt z lat 60., który był sprzedawany jak budyń w torebkach, ale budyniem nie był. "To był proszek o smaku czekoladowym, słodki, z dodatkiem żelatyny" - opisuje i od razu dodaje też drugi nietypowy przysmak.
Innym dziwnym pożywieniem była cebula pokrojona w cienkie plasterki z dodatkiem octu. Zajadaliśmy z siostrą. To była nasza pierwsza samodzielnie zrobiona sałatka o niecodziennej nazwie "sałatka himalajska".
Na tym jednak nie koniec niestandardowych połączeń. Pani Kasia jadła chleb z masłem i truskawkami (mogłaby przybić sobie piątkę z naszą koleżanką od chleba z jabłkiem), pani Agnieszka herbatniki z musztardą sarepską, a pani Gabriela świeże ogórki z miodem. Jedna z osób przyznała, że lubiła jeść drożdże, a inna... pastę do zębów "Biały ząbek".
Pani Ramona wspomina krem czekoladowy z wiewiórką (zapewne taki, jak na zdjęciu poniżej) i kolorowe groszki w opakowaniu w kształcie parasolki, a pani Ewa opowiada, że lubiła ziemniaki z parnika uparowane dla kur i świń. Przyznaje, że nie podobało się to jej ojcu, który mówił, że zachowuje się, jakby nie miała co jeść, ale dla niej była to najpyszniejsza rzecz na świecie.
Zawsze, gdy czytam lub rozmawiam z kimś o tych dziwnych połączeniach, które w naszych dziecięcych buziach urastały do rangi najlepszych rarytasów, jakie kiedykolwiek zostały wymyślone, zastanawiam się, co by było, gdybyśmy wrócili do nich teraz. Nie mówię tu nawet o chlebie z masłem czy cukrem, bo to, umówmy się, nie jest aż tak dziwne, poza tym niektórzy nadal lubią sobie od czasu do czasu taki przysmak przygotować. Raczej zastanawiam się, czy po oblizaniu palca zanurzonego w oranżadzie lub śmietance w proszku przed oczami przeleciałoby nam całe beztroskie dzieciństwo, czy może czym prędzej bieglibyśmy do zlewu, by ów proszek wypluć. Może więc pozostawmy sobie w głowach ten wyidealizowany obraz i nie psujmy go teraźniejszością.