"Zioberko po krakowsku" i "Obietnica Kaczafiego" w menu. Rozgoryczony restaurator otworzył nowy lokal

Wielu właścicieli swoje lokale zamyka. Jednak jeden z restauratorów otworzył nowy. Tak dobrze się powodzi? Niekoniecznie. Polski Nie-Rząd to nowa restauracja w Sosnowcu - skutek frustracji obostrzeniami, które miały trwać kilka tygodni, a ciągną się już kolejny miesiąc.

Obostrzenia związane z pandemią mocno odbiły się na kondycji polskich lokali gastronomicznych. Wiele z nich całkowicie zamknięto, inne ledwo wiążą koniec z końcem. W odpowiedzi na przeciągające się zakazy część właścicieli zbuntowała się i postanowiła otworzyć swoje knajpy pomimo obowiązujących restrykcji. Więcej o tym:

Zamknięta restauracjaNieoficjalnie: restauracje zamknięte do końca kwietnia. Bunt przedsiębiorców

Polski Nie-Rząd. Tam zjesz "kordony naczelnika"

W obliczu kryzysu w gastronomii dziwią sytuacje, gdy ktoś decyduje się otworzyć całkiem nowy lokal. Tak stało się w przypadku pana Patryka Wiśniowskiego. Jednak nie sam fakt otwarcia knajpy skupił na niej całą uwagę. A więc co? Restauracja nazywa się Polski Nie-Rząd i "wykorzystuje satyrę polskiej polityki" - czytamy na Facebooku. W związku z tym w menu znajdziemy takie pozycje, jak "obietnica Kaczafiego", "zioberka po krakowsku" czy "sałatka dwa miliardy twp". Lokal działa na dopuszczalnych zasadach - można w nim zamawiać wyłącznie jedzenie na wynos.

Polski Nie-Rząd to restauracja powstała po przekształceniu innych biznesów tego właściciela - Restauracji Kamionki i Pierogi w 30 minut, które działały w ramach spółki Fit Logistic. - Kiedy nas zamknęli, straciliśmy praktycznie cały obrót - wyszło nam, że mamy ponad 90-proc. spadek obrotu. Przebranżowiliśmy się całkowicie na dowóz, aczkolwiek niewiele nam to dało - opisuje w rozmowie z Haps.pl Patryk Wiśniowski.

Właściciel mówi, że po dołożeniu do lokalu prawie 180 tysięcy złotych (mimo otrzymania dotacji 108 tys. w ramach pierwszej tarczy), trzeba było podjąć decyzję, co dalej.

Albo otwieramy ten lokal pod nową marką trochę na śmiesznie, może ktoś się zainteresuje, może ktoś pomoże, albo go zamykamy całkowicie. Zdecydowaliśmy się na tę pierwszą opcję.

Polski Nie-Rząd został otwarty 21 stycznia. Wiśniowski opowiada, że inicjatywa spotkała się z dużym zainteresowaniem, wiele osób chciało wesprzeć lokal. - Pomysł wziął się z tego, że nie wiedzieliśmy, co robić, żeby zacząć funkcjonować, nie wiedzieliśmy, z czego mamy żyć. Pieniądze zaczęły uciekać z konta tak szybko, że jakieś kroki musiały zostać podjęte. Chciałem dać sobie czas do czerwca, aby wypromować nową markę. Albo mi się to uda, albo nie. Zobaczymy, co będzie. Na chwilę obecną mamy zamówienia - mówi.

W tym miejscu prostuje jednak, że nieprawdą jest, że realizują 600 zamówień dziennie. - To mało prawdopodobne jak na taki mały lokal. Owszem jest zainteresowanie, zamówienia na ten moment są większe niż te, które były wcześniej, ale dalej nie są wystarczające, żeby się utrzymać - zaznacza.

Zobacz wideo Czy w lutym dojdzie do poluzowania obostrzeń?

Co z pomocą?

W rozmowie z nami Patryk Wiśniowski odniósł się też do sprawy z szefem PFR Pawłem Borysem. Po publikacji tekstu o Polskim Nie-Rządzie w serwisie money.pl, Paweł Borys opublikował tweet, w którym przekonuje, że Wiśniowski wprowadził medium w błąd, atakuje rząd oraz twierdzi, że nie otrzymał wsparcia z PFR. "Informuję, że spółka otrzymała 108 tys. zł subwencji w maju oraz 135 tys. zł w styczniu z PFR" - pisze Borys.

Prezes PFR-u oskarża mnie, jako prezesa spółki zarządzającej restauracją, o oszczerstwo związane z wypłatą tej subwencji. Spółka otrzymała w maju 108 tys. dotacji, które szybciutko się rozeszły. Pan prezes twierdzi, że w styczniu otrzymaliśmy też wypłatę subwencji w wysokości 135 tys. Co jest nieprawdą

- mówi nam Patryk Wiśniowski. Dodaje, że otrzymali już cztery odmowy dotyczące subwencji, a piąty wniosek jest w trakcie realizacji. Do tej pory nie mają jednak żadnych informacji, co dalej. - Odpisałem również pod tweetem, że oczekuję sprostowania. My jako spółka nic nie dostaliśmy w styczniu - twierdzi.

Restaurator przyznaje, że ma obawy, czy kontrowersje nie odbiją się na jego biznesie. - Chciałem po prostu zacząć funkcjonować, móc utrzymać swoich pracowników, bez problemu dać im wypłatę, a nie z opóźnieniem. Nie chciałem wchodzić w jakieś zadziory z politykami - przekonuje. Zaznacza, że choć czuje się potraktowany przez władze niesprawiedliwie, nie chce w nikogo uderzać. Chciał jedynie zażartować, "jakoś sobie pomóc". 

Nie uważam, żebym kogoś uraził w jakikolwiek sposób, nazywając placek 'Trybunał' czy Colę 'Podatek cukrowy'. Różne rzeczy można różnie odebrać

- kończy.

*

Właściciel zorganizował zbiórkę na wsparcie lokalu. Jest dostępna pod tym linkiem.

Więcej o: