"Rąbnąłem go w plecy. Można powiedzieć, że uratowałem mu życie. Wielu by mnie za to powiesiło"

- On naprawdę uważał, że wszystko wie najlepiej. (...) Był taki już jako student. Kiedyś odwiedził jednego ze swoich profesorów. Ledwie wszedł, a już w kuchni pouczał służącą, jak powinna smażyć platany. Jako prezydent często stołował się w hotelu Habana Libre, najlepszym w mieście. Tłumaczył tam kucharzom, jak dokładnie powinno się przyrządzać lucjana czerwonego, popularną rybę, nazywaną na Kubie pargo rojo, jak homara, a jak robić confit z kaczki. W hotelu tym, przed Rewolucją należącym do sieci Hilton, zawsze pracowali najlepsi kucharze. Mimo to musieli cierpliwie słuchać tyrad Fidela.

Poniższe fragmenty pochodzą z książki "Jak nakarmić dyktatora" autorstwa Witolda Szabłowskiego, która została wydana w 2019 roku nakładem wydawnictwa W.A.B. Książka dostępna jest w księgarniach stacjonarnych oraz online, również w formie e-booka. Witold Szabłowski przez kilka lat szukał na całym świecie kucharzy, którzy gotowali dla Fidela Castro, Saddama Husajna, Pol Pota, Envera Hodży i Idiego Amina. Z zapisanych przez niego opowieści i przepisów, które mu przekazali, powstała opowieść o, jak czytamy na stronie wydawcy, "historii widzianej przez kuchenne drzwi; niezwykły mariaż reportażu z książką kucharską".

Zdjęcia użyte w artykule nie pochodzą z książki.

Fidel

Zawsze lubił dobre alkohole i cygara. W maju 1958 roku, kiedy zaczynała się ofensywa Batisty, napisał z Sierra Maestra rozpaczliwy list do Celii Sánchez: "nie mam tytoniu, nie mam wina, nie mam nic. Butelka różowego wina, słodkiego i hiszpańskiego, została […] w lodówce. Gdzie ona jest?"*.

– Owszem, lubił dobre alkohole – potwierdza Erasmo, gdy czytam mu ten cytat. – Ale kto nie lubi? A Fidel jadł to, co przeciętny Kubańczyk.

– Naprawdę? – nie dowierzam, bo wizja Fidela jako brata łaty, który je dokładnie to, co zwykli ludzie, za bardzo zalatuje propagandową czytanką. – Przeciętni Kubańczycy stali w długaśnych kolejkach, żeby kupić zgniłego pomidora. Nie wolno im było złowić nawet jednej ryby bez pozwolenia państwa. Naprawdę Fidel jadł tylko odrobinę lepiej niż oni?

Hernandez marszczy brwi. – Kolejki były przez Amerykanów i ich embargo, nie przez Fidela – cedzi przez zęby. – A jego menu nie różniło się specjalnie od tego, co mogli kupić ludzie.

– Serio? – dopytuję jeszcze raz. – Jadł na przykład kotlety z grapefruita? Pił na obiad wodę z cukrem, jak niejeden Kubańczyk, kiedy upadł Związek Radziecki?
– Co ty tam wiesz!

Erasmo gniewnie rzuca ścierką o stół. Odwraca się na fochu i ostentacyjnie zaczyna coś pisać w komórce. A ja się boję, że przegiąłem. Że przecież są rzeczy, których on mi nie może powiedzieć; gdy rozmawiamy, Fidel jeszcze żyje, a jego brat Raul jest prezydentem. Powinienem odpuścić. Pytam więc pojednawczo, żeby załagodzić:

– Czy Fidel w ogóle ma jakieś wady?

Erasmo zamyśla się na dłuższą chwilę.
– Jedną – mówi wreszcie. – Zawsze wszystko wie najlepiej.

Potwierdzają to wszystkie biografie Castro. El Comandante na każdym kroku pouczał wszystkich w najróżniejszych sprawach. Był przekonany, że najlepiej zna się na bejsbolu, polityce, nawadnianiu, uprawie ryżu, produkcji sera, historii, geografii, rybołówstwie i wszystkich innych dziedzinach.

– Jego słynne wielogodzinne przemówienia brały się właśnie z tego – wyjaśnia mój kumpel Miguel. – On naprawdę uważał, że wszystko wie najlepiej. Że nikt lepiej niż on nie wytłumaczy ludziom ani jak budować komunizm, ani jak zapładniać jałówki.

Był taki już jako student. Kiedyś odwiedził jednego ze swoich profesorów. Ledwie wszedł, a już w kuchni pouczał służącą, jak powinna smażyć platany.

Jako prezydent często stołował się w hotelu Habana Libre, najlepszym w mieście. Tłumaczył tam kucharzom, jak dokładnie powinno się przyrządzać lucjana czerwonego, popularną rybę, nazywaną na Kubie pargo rojo, jak homara, a jak robić confit z kaczki. W hotelu tym, przed Rewolucją należącym do sieci Hilton, zawsze pracowali najlepsi kucharze. Mimo to musieli cierpliwie słuchać tyrad Fidela.

Unikatowy, bo podany osobiście przez Fidela przepis na przyrządzenie homara i krewetek znajduję w wywiadzie z dominikaninem Frei Bettą Fidel i religia: "Najlepiej jest nie gotować ani krewetek, ani langust, gdyż w gorącej wodzie tracą smak i twardnieją. Lepsze są pieczone w piecu lub na ruszcie. Krewetki wystarczy piec pięć minut na ruszcie. Langusty jedenaście minut w piecu, sześć minut na ruszcie nad rozżarzonymi węglami. Jako przyprawy tylko masło, czosnek i cytryna. Dobre jedzenie to proste jedzenie"*.

Homary i lucjany Fidel uwielbiał przyrządzać osobiście; najczęściej oddawał się temu zajęciu w trakcie swoich słynnych wyjazdów na ryby, kiedy to serwowało się zupę z hodowanych dla niego tuż obok rezydencji przy Cayo Piedra żółwi, a później osobiście stawał przy grillu i zajmował się mięsem dla gości. To był wyraz najwyższego uznania – dostać rybę przyrządzoną przez Fidela.

(...)

Jorge

Mój tłumacz i przewodnik Jorge spędza ze mną niemal dwa tygodnie. Wspólnie chodzimy po wszystkich ludziach, którzy mieli coś wspólnego ze stołem Fidela. Jorge zabiera mnie między innymi do swojego nauczyciela z kursu barmańskiego, przez lata osobistego kelnera Fidela. Odwiedzamy go w domu, w willowej dzielnicy Hawany.

– Fidel? Kiedyś jadł kurczaka i strasznie się zakrztusił – wspomina były kelner. – Kość utkwiła mu w gardle. Patrzyliśmy oniemiali przez trzy, może cztery sekundy: my na ochroniarzy, ochroniarze na nas, a on się w tym czasie dusił. Ja oprzytomniałem pierwszy. Podszedłem i z całej siły rąbnąłem go w plecy. Odetkał się, zaczął oddychać, można więc powiedzieć, że uratowałem mu życie. Wielu ludzi na Kubie chętnie by mnie za to powiesiło. – Były kelner zanosi się śmiechem.

Tylko raz musimy zrobić przerwę. Pewnego dnia w okolicach południa szef wzywa Jorgego pilnie do restauracji. Tego wieczora mój kubański kolega jest drugim kelnerem obsługującym Baracka Obamę, który – razem żoną, córkami i teściową – je kolację w jego restauracji.

– Prezydent zjadł stek z polędwicy, a pierwsza dama stek w sosie winnym – informuje mnie Jorge, gdy spotykamy się tego dnia późnym wieczorem. – Ale najbardziej niezwykły moment nastąpił tuż po kolacji. Prezydent Obama spojrzał mi w oczy i powiedział: "Jorge, it was a great pleasure". To była wielka przyjemność.

– Co ci się w tym tak podobało? – dopytuję.

– Zapamiętał moje imię! – cieszy się Jorge. – Wyobrażasz sobie? Przychodzą do nas czasami kubańscy politycy i nie ma mowy, żeby któryś z nich powiedział do ciebie chociaż jedno przyjazne słowo. A tu prezydent supermocarstwa patrzy mi w oczy i mówi do mnie po imieniu. Będę pamiętał ten moment do końca życia!

Następnego dnia Erasmo ściska Jorgego, jakby ten młody przeszedł chrzest bojowy. – Teraz też już wiesz, jak to jest pracować dla prezydentów – mówi.

****

* T. Szulc, Fidel: A Critical Portrait, New York 2002, s. 86.
* Fidel i religia. Rozmowy z Bratem Betto, przeł. J. Perlin, M. Dołgolewska, Warszawa 1986, s. 34–35

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.