Czy drożyzna zmusza nas do oszczędzania na jedzeniu? "Przeglądanie promocji stało się rytuałem"

Czy przez inflację zmieniły się nasze nawyki przy robieniu zakupów? Czy nadal chętnie odwiedzamy restauracje, do których z radością ruszyliśmy, gdy skończyły się lockdowny? Jak sytuacja wygląda z punktu widzenia restauratorów? O wpływie drożyzny na decyzje konsumencie rozmawiamy z osobami z różnych "baniek" i środowisk.

Więcej informacji o wzroście cen żywności i w branży gastronomicznej znajdziesz na naszej stronie głównej

Powiedzieć, że w ostatnich miesiącach inflacja rośnie, to jak nic nie powiedzieć. Według najnowszych danych GUS-u za maj, wyniosła aż 13,9 proc., co oznacza największy cios w finanse Polaków od lutego 1998 roku. Wzrost cen - mimo obniżenia VAT-u - dotyczy też żywności. Zarówno tej w sklepach, jak i w restauracjach. O to, czy i jak w związku z tym zmieniły się nawyki związane z zakupami oraz z odwiedzaniem restauracji, zapytaliśmy kilkoro naszych czytelników.

Gazetki i programy lojalnościowe

- Przeglądanie gazetek z promocjami stało się cotygodniowym rytuałem - mówi Katarzyna, matka dwójki nastolatków, mieszkanka średniego miasta w południowo-wschodniej Polsce. - Coraz częściej planuję posiłki razem z ulotką: w tym tygodniu promocja na mielone mięso, to zrobimy kotlety albo spaghetti. Jak tańsze są pomidory, to do kanapek wybiorę właśnie je, ogórki będą w przyszłym tygodniu, gdy cena trochę spadnie. Czy to przeszkadza w planowaniu posiłków? - I tak, i nie. Mam więcej inspiracji, ale też rzadziej realizuję zachcianki swoje albo dzieciaków. Zapisuję się też do programów lojalnościowych. Wcześniej nie miałam w portfelu tylu plastików - ale łatwiej z nimi trafić na produkty w dobrej cenie.

Marki własne nie takie straszne

Marki własne dyskontów uchodziły niegdyś za produkty niskiej jakości, bo są tańsze. Dziś ta sytuacja wygląda inaczej – w wielu wypadkach można trafić na bardzo dobre składy, a na etykietach wielu rzeczy widnieje adnotacja, że wyprodukowały je znane firmy.

– Mamy w rodzinie sporo ulubionych marek i rzeczywiście trudno zrezygnować z niektórych produktów. Ostatnio jednak przekonujemy się do zamienników – opowiada Justyna, trzydziestolatka z Warszawy. – Zwracamy uwagę przede wszystkim na składy i rzadko się zawodzimy. A cena jest niższa, bo etykietka jest z logo sklepu, a nie znanego producenta.

Less waste sprzyja portfelowi

Cieszę się przede wszystkim, że przestałam jeść mięso. Jest droższe niż kilka lat temu, a nawet kilka miesięcy temu – mówi Kaja, studentka z Warszawy. – Podczas pandemii wkręciłam się w styl życia less waste i to mi pasuje. Robienie domowych przetworów, wykorzystywanie produktów do samego końca, zakupy na dziale produktów z krótkim terminem przydatności... I planowanie zakupów. Nie wyrzucam produktów, nie wyrzucam pieniędzy - proste.

Z restauracji trudno zrezygnować

Ceny żywności, mediów i transportu wpływają także na ceny w restauracjach. Kiedy kończył się lockdown, mieliśmy nadzieję, że wszystko wróci do normy i znów będziemy regularnie jadać w restauracjach. Dla niektórych to ważne mimo inflacji. Jakubowi, trzydziestodwulatkowi z Poznania, łatwiej zrezygnować z innych wygód.

– Lubię jeść, lubię nowe smaki, ale nie potrafię gotować i nie sprawia mi to radości. Na co dzień mam dietę pudełkową – przyznaje chłopak. – Raz w miesiącu chodzimy z narzeczoną do jakiejś naprawdę fajnej restauracji i trudno by nam było z tego zrezygnować, nawet gdy ceny wzrosły. Nie zarabiam źle, podwyżki cen mnie wkurzają, ale nie bolą. Jak będzie trzeba, to raczej wrócimy do oglądania Netfliksa, zamiast chodzić do kina czy na koncerty, tak jak musieliśmy zrobić w pandemii, ale jedzenie na mieście to ważny rytuał.

Chrzciny jak wesele

Coraz częściej słychać, że niektóre uroczystości rodzinne zaczęły przypominać miniwesela. Nie zawsze chodzi jednak o liczbę atrakcji dla gości czy "pompę", z którą przygotowana jest impreza. Justyna i jej mąż przekonali się o tym niedawno: na późną wiosnę zaplanowali chrzciny córki, która urodziła się na początku roku. - Ceny "za talerzyk" w restauracjach zwaliły nas z nóg. Przypominają raczej te w domach weselnych, za całą noc tańców i stosy jedzenia… Mamy dużą rodzinę i wielu przyjaciół, jesteśmy bardzo towarzyscy, ale chrzciny postanowiliśmy wyprawić kameralne. Robimy uroczystość w restauracji, zapraszamy tylko rodziców, nasze rodzeństwo i chrzestnych małej. Sama nie przygotuję tak dużej imprezy, wolę zapłacić, ale niestety grono zaproszonych zmniejszyło się drastycznie.

Do knajpy raz na jakiś czas

Justyna, zapytana, jak z jedzeniem na co dzień, stwierdza, że rzeczywiście, woli przygotowywać posiłki w domu. - Jest drożej, a nam się powiększyła rodzina i to też generuje nowe wydatki. Raz na jakiś czas idziemy z mężem na kolację, żeby się oderwać od domu czy pracy. Na co dzień ja gotuję raczej tradycyjnie, mąż lubi eksperymenty. I nieźle mu to wychodzi – wcale nie mam poczucia, że smaczniej czy ciekawiej by było, gdybym posiłki miała z knajpy.

Studencki budżet nie pozwala na częste wyjścia także Kai. - Faktycznie, ograniczyłam jedzenie na mieście. Czy żałuję? Tylko czasem, jak słyszę, że w jakiejś wegańskiej knajpie można zjeść coś super, czego sama nie umiem przygotować. Ale zdarza się, że gdy już zdecydujemy się ze znajomymi na obiad na mieście, to trafiamy właśnie tam, gdzie zaproponuję.

Zobacz wideo Dutch baby - pieczony naleśnik ze szparagami. Idealny na wiosnę

Napiwki w dół

Kacper pracuje w restauracji w małej miejscowości turystycznej w południowo-wschodniej Polsce jako kelner. Spytaliśmy go, czy zaobserwował jakieś zmiany zachowań u gości. - W piątki i weekendy ludzi jest sporo, stoliki zajęte, chyba wszyscy się stęsknili za gastronomią po tych wszystkich lockdownach. Ja jeszcze nie pracowałem przed pandemią, ale starsi znajomi mówią, że napiwki są mniejsze. Przy większej liczbie osób doliczamy do rachunku 10 procent wartości zamówienia za obsługę (informacja jest w menu), zdarzało się już, że ktoś nie doczytał i był niesmak. Ludzie, przynajmniej u nas, wolą zapłacić za posiłek, nie za obsługę. Zwłaszcza że ceny mamy wyższe niż ubiegłego lata - opowiada.

Gość! Nie klient

A jak obecna sytuacja wygląda z punktu widzenia restauratora? Zapytaliśmy o to Ola Brzuskiewicza z restauracji Spożywczy Food&Drinks, która działa w Gdańsku. - Ceny oczywiście musieliśmy podnieść, bo drożeją zarówno produkty, jak i koszty utrzymania lokalu. Goście bez wątpienia to zauważają, ale czy jest ich mniej? Raczej nie. Odwiedzają nas przede wszystkim miejscowi, ale w sezonie jest też sporo turystów. Moim zdaniem ważne jest to, żeby restaurator reagował na fakt, że ceny wszystkiego rosną, to oczywiste, ale przede wszystkim u siebie nie windował ich sztucznie w górę, żeby to podejście było zdrowe. Podobnie z rezerwacjami na uroczystości czy większe spotkania biznesowe – tu zawsze pytamy, jakie są potrzeby i możliwości osoby, która chce taką rezerwację zrobić, spinamy to z naszymi możliwościami i potrzebami, a potem przedstawiamy ofertę dla konkretnie tego gościa. Gościa, nie klienta. Dla nas to on jest ważny.

Armagedon dopiero nastąpi

Duże obawy o to, jak rosnące koszty i wyższe ceny odbiją się na branży, miała także Aleksandra Skuza-Kaszuba z krakowskich restauracji Zazie i Karakter.

W obydwu naszych restauracjach – mimo wcześniejszych obaw - jeszcze nie odczuliśmy większych zmian, na razie przychodzą do nas zarówno goście lokalni, jak i turyści. Wiemy, jak ważne jest dla wielu osób spotkanie przy stole, zjedzenie czegoś smacznego na mieście. Ale spodziewamy się, że niebawem mogą nastąpić zmiany – choćby w ostrożniejszym wyborze dań z menu przez naszych gości. Ceny idą w górę, bo koszty po naszej stronie też rosną. Sama byłam zaskoczona, gdy zauważyłam, że w knajpce, do której lubię skoczyć na obiad, ceny poszły w górę aż o 25 proc. To strasznie duża podwyżka.

Restauratorka zapytana o nastroje na kolejne miesiące odpowiada szczerze:

Teraz obawiamy się, że przy dalszym wzroście cen armagedon wystąpi w trzecim kwartale roku. Nawet goście, którzy mogą sobie pozwolić na regularne wizyty w restauracji i nie chcą z tego rezygnować, mogą w tej sytuacji rezygnować. Zastanawiamy jeszcze nad rozwiązaniami, które można podjąć w tej kwestii.

Jest stres w branży

O podsumowanie sytuacji zapytaliśmy także Piotra Popińskiego, warszawskiego restauratora (Koncept Dom Wódki - restauracja Elixir i Muzeum Wódki, restauracje Folk Gospoda, Czerwony Wieprz, The ROOTS, organizator festiwalu Jedz Pij Warszawo i Festiwalu Wódki i Zakąski), z 5. miejscem na liście 50 najlepszych restauratorów w Polsce (Forbes Polska).

Koszty prowadzenia biznesu gastronomicznego zwiększyły się rekordowo. Od lat opłaty nie wymagały takich nakładów finansowych. Musi to mieć oczywiście odbicie na cenach w menu - mówi Popiński - My w naszych restauracjach do tej pory nie odnotowaliśmy spadku frekwencji, ale warto zwrócić uwagę, że mówimy o rynku warszawskim, gdzie mamy nie tylko gości lokalnych, lecz także turystów (zarówno z Polski, jak i z zagranicy), jak i gości biznesowych – podkreśla.Klient biznesowy zwykle płaci kartą firmową, więc zwykle nie patrzy na koszty. Turyści zagraniczni, przyjeżdżający do Polski, też chętnie odwiedzają restauracje, bo nasza kuchnia jest na poziomie światowym, a ceny – w porównaniu z zagranicą – są znacznie niższe. To jednak dotyczy największych miast: Warszawy, Krakowa, Wrocławia, Trójmiasta - wyjaśnia.

Popiński przyznał, że w branży gastronomicznej jest odczuwany niepokój związany z rosnącą inflacją i tym, jak będzie to wyglądało w kolejnych miesiącach. – W branży gastronomicznej rodzą się obawy, gdzie jest ta granica. Przy kolejnych wzrostach cen utrzymania lokali, koniecznościach podwyżek, może nastąpić odwrót klientów od gastronomii, zwłaszcza gości lokalnych. Prawda jest taka, że w budżecie domowym jest to wydatek, z którego łatwo zrezygnować, gdy ma się do opłacenia coraz wyższe rachunki – podsumował restaurator.

Ceny w górę

Nie da się nie zauważyć, że największy wpływ na decyzje podejmowane w odniesieniu czy do uważniejszego robienia zakupów, czy do odwiedzania restauracji, ma przede wszystkim zasobność portfela konsumenta. Rozbieżności w zarobkach w dużych i małych miejscowościach, a także pomiędzy branżami są ogromne. Warto też zwrócić uwagę na to, jak traktowane jest wyjście do restauracji w mniejszych i większych miastach - trudno sobie wyobrazić, żeby mieszkańcy kilkutysięcznej miejscowości mieli w ogóle możliwość regularnego jadania w miejscowej knajpce. Ale dobrze zwrócić uwagę na to, że drożejące produkty, media i usługi to problem zarówno klientów sklepów i gości restauracyjnych, jak i branży gastronomicznej. Inflacja, podatki i śmierć - dotkną nas wszystkich, bez wyjątku.

Imiona niektórych bohaterów zostały na ich prośbę zmienione.

Haps.pl jest dla Was i dla Was piszemy o kulinariach. Nie oznacza to jednak, że nie pamiętamy i nie myślimy o Ukrainie. Wszystkie najważniejsze informacje znajdziecie w tych miejscach: wiadomości.gazeta.pl, kobieta.gazeta.pl/ukraina.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.