Domowe pączki. Najlepiej jeszcze ciepłe, miękkie, pachnące i słodkie. Brzmi jak piękny sen łakomczucha. I tak właśnie jest - o ile tylko jesteś wyłącznie tym jedzącym! Bo dla domowego cukiernika przygotowanie drożdżowych pączków z kilograma mąki to cały dzień pracy. I nie jest to zabawa dla ludzi o słabych nerwach. Mieszanie, wyrabianie, wyrastanie, znowu wyrabianie, znowu wyrastanie, formowanie, smażenie, nadziewanie, lukrowanie. Na tych wszystkich etapach jest tyle momentów, w których coś może pójść źle, że nawet nie chcę o tym myśleć.
Ale nie można poddawać się przed startem. Trzeba być dzielnym i zmierzyć się z drożdżową materią. Nagrodą będzie fura domowych pączków, więc nie ma się co zastanawiać. Przejdźmy to razem, krok po kroku.
Jeszcze zanim zaczniemy, jedna uwaga: w redakcji informacja, że będę smażyć pączki dzisiaj, czyli w tłusty czwartek, wywołała zdziwienie. "Jak to? Dzisiaj smażysz? Pączki smaży się w środę, a w czwartek tylko zjada!". Na takie "herezje" mam jedną odpowiedź: lubicie raczyć się wczorajszymi pączkami, proszę bardzo. Najlepsze są pączki świeżusieńkie, jeszcze ciepłe. Koniec i kropka.
Jak już to mamy wyjaśnione, to przejdźmy do rzeczy.
Najważniejszą rzeczą jest przepis. Ten, z którego korzystam, został rozpoznany przeze mnie bojem, więc wiem, że pączki wychodzą. Nie wymyśliłam go sama, choć bardzo żałuję. Można go znaleźć na blogu Moje Wypieki.
Czego będę potrzebować:
Zaczynamy!
Godz. 8.00. Wyjmuję drożdże z lodówki. Stara i bardzo mądra zasada mówi, że wszystkie składniki na ciasto drożdżowe powinny być w temperaturze pokojowej. Drożdże lubią ciepełko, w ciepełku robią się żarłoczne, a żarłoczne drożdże są właśnie tym, czego potrzebujemy do sukcesu. Czyli do ładnie wyrośniętego ciasta.
Godz. 12.00. Robię zaczyn. Podgrzewam mniej więcej połowę mleka z przepisu (ma być ciepłe, ale nie gorące, uczeni w piśmie powiadają, że ma być mniej niż 40 stopni), dodaję drożdże i zasypuję połową cukru. Wszystko to mieszam i przykrywam czystą ściereczką kuchenną, by sobie rosło. Nikt nie lubi, kiedy ktoś obsesyjnie się gapi, kiedy jemy. Drożdże też nie lubią, sprawdzone info. Dlatego jak mają ciepełko i cukier, i nikt się nie gapi, mogą oddać się wielkiemu obżarstwu. Zostawiam je w spokoju na 15-20 minut.
Kiedy zaczyn sobie spokojnie rośnie, możecie poszukać inspiracji w tekście naszej redakcyjnej koleżanki Joanny: Ciasto drożdżowe - przepis, który nie ma prawa nie wyjść. Ważna jest mąka i złota rada babci Krysi dotycząca rąk
A zaczyn drożdżowy po cukrowej orgii wygląda tak:
Godz. 12.30 Zaczyn napęczniał, mogę zacząć wyrabiać. Mąkę przesiewam, dodaję zaczyn, resztę mleka i cukru, żółtka i jajko, wanilię, sok i skórkę z cytryny, rum, sól. To wszystko wyrabiam mikserem z hakiem. Powiadają, że można też ręcznie, ale nie jestem pewna, czy w to wierzę. Pod koniec wyrabiania dodaję roztopione i przestudzone masło. To wszystko wyrabiam - a właściwie mikser wyrabia - kilka minut, aż ciasto będzie spójne i elastyczne.
Godz. 12.50 Ciasto ładuję do miski, przyduszam folią kuchenną i zostawiam w spokoju na 1,5 godziny. Niech nam pięknie w tym czasie rośnie. Czy wygląda bardziej jak magma z kosmosu niż coś, co się da zjeść? Jeszcze jak. Ale nie przejmujemy się tym. Będzie dobrze.
Ciasto drożdżowe w spa dla ciast drożdżowych:
Godz. 14.30 Stwierdzam, że ciasto wyrosło, jakby jutra miało nie być. Mogę brać się za kolejny etap.
Ciasto na pączki wyrośnięte jakby jutra miało nie być, wygląda tak:
Godz. 14.50 Teraz trzeba ciasto jeszcze raz wyrobić. Ciasto drożdżowe to taki atencjusz, lubi wyrabianie, maglowanie i zagniatanie. Muszę podsypać trochę mąki, żeby się nie kleiło i pracowicie wyrabiam. Kiedy już się nie klei, a jednocześnie jest jędrne, gładkie i elastyczne, mogę zacząć je dzielić na pączki.
Odkrawam porcje ciasta nożem (można też odcinać nożyczkami) i ważę na wadze kuchennej, żeby miały podobną wielkość. Celuję w mniej więcej 60 gramów. Z każdej porcji robię kulkę, kulki kładę na wysypanej mąką ściereczce kuchennej i znów daję im czas na rośnięcie. Jak do tego doszło, nie wiem, ale oto w kuchni mam 30 pączkowych kulek.
A oto i one:
Jeśli chcecie, możecie je nadziać na tym etapie - zrobić placek, naładować nadzienia, złączyć brzegi ciasta i wszystko to uformować w kulę. Ja jednak nadzieję po smażeniu, szprycą do ciastek. Teraz daję pączkom 20-30 minut, żeby znów podrosły.
Godz. 15.20 Teraz zaczyna się moja ulubiona część. Rozgrzewanie smalcu. Pytacie, czy śmierdzi? Owszem, śmierdzi. Jak pączkarnie osiągają ten zniewalający zapach, który przyciąga do nich wygłodniałych klientów w promieniu kilometra? Nie wiem.
Poza zapachem smalec ma jeszcze jedną wadę. Bardzo trudno utrzymać temperaturę. A ta powinna oscylować wokół 175 stopni. Będzie za wysoka - pączki się spalą. Za niska - nie usmażą się jak należy i nasiąkną tłuszczem. Tu bez termometru kuchennego się nie obejdzie. Sęk w tym, ze smalec rozgrzewa się powoli. Wydaje się, że to trwa wieki. Aż nagle przeskakuje na ponad 200 stopni. Więc trzeba go schłodzić. To również trwa wieki. W końcu uda się wyczuć drania, ale jest to zadanie dla cierpliwych i nie dających się przeciwnościom.
Godz. 15.40 Można smażyć. Ładuję pączki partiami, żeby mogły spokojnie i wygodnie pływać. Na złoto z obu stron, w praktyce zajmuje to około pięciu-sześciu minut.
Godz. 17.00 Trzydzieści pączków usmażonych, nadzianych konfiturą i polukrowanych. Pięć godzin bujania się z drożdżami. Chyba nieprędko to powtórzę.