Była kasjerką. Po 20 latach odeszła z pracy. "Paczki na święta nie były warte, by narażać życie"

Mierzą się z brakami kadrowymi, codziennym przenoszeniem ciężkich przedmiotów, niskimi zarobkami i brakiem szacunku - zarówno ze strony szefostwa, jak i klientów. Tak wygląda praca kasjerów i kierowników sklepów. "Większość ludzi uważa, że osoby pracujące za kasą to nieuki. Brak im zrozumienia i cierpliwości" - mówi w rozmowie z Wirtualną Polską Agata, była kasjerka i kierowniczka.

Więcej najnowszych treści znajdziesz na stronie głównej Gazeta.pl.

Bez pracowników sklepów trudno byłoby wyobrazić sobie sprawne funkcjonowanie państwa. Na zakupy niektórzy chodzą przecież codziennie, przez sklepy każdego dnia przewijają się tysiące klientów. Jak podaje Wirtualna Polska, w branży handlowej zatrudnionych jest około półtora do dwóch milionów osób. Często w marketach można natknąć się na ogłoszenia, które kuszą atrakcyjnymi warunkami pracy: premiami, benefitami (np. prywatną opieką medyczną), możliwością rozwoju, szkoleniami czy elastycznym grafikiem. Rzeczywistość nie jest jednak tak kolorowa, o czym opowiedzieli Wirtualnej Polsce byli pracownicy sklepów - kasjerki i kierownicy.

Zobacz wideo Dlaczego produkty dla kobiet są droższe? Różowy podatek

"Jesteśmy tylko numerkami"

Agata, która zaczynała pracę jako kasjerka, a ostatecznie awansowała na stanowisko kierowniczki sklepu, mówi, że według jej szefa trzy osoby na zmianie wystarczyły, by zrealizować wszystkie zadania. "Łącznie z rozładowaniem towaru, bo każdego popołudnia wjeżdżał tir. Tutaj nie ma szacunku do ludzi, jesteśmy tylko numerkami, nie osobami" - stwierdza.

Opowiada, że towar wykłada się na każdej zmianie: porannej, popołudniowej i nocnej. "Jest to zazwyczaj od trzech do dziewięciu kontenerów, które najczęściej musi wyłożyć jedna osoba" - opisuje w rozmowie z WP zmianę popołudniową.

Brakowało też pracowników do sprzątania, które po zmianie przepisów musiało odbywać się częściej. "Firma nie rozumiała, że wymaga to zatrudnienia dodatkowych osób" - wspomina Agata.

Zero miłego słowa, premie widmo

Zarówno Agata, jak i Elżbieta, która za kasą pracowała 16 lat, wyznają, że nie czuły się doceniane. Raczej musiały mierzyć się z ciągłym niezadowoleniem, pretensjami i popędzaniem.

Z nawałem ciężkiej pracy w szybkim tempie nie szło w parze wynagrodzenie. Ewa, która była kasjerką i zrezygnowała z pracy po 20 latach, mówi o "premiach widmo". Dlaczego? Bo wszyscy o nich słyszeli, kwoty rosły, ale mało kto widział je na oczy. Kasjerom przysługiwała co prawda premia w wysokości 500 zł za obecność, ale otrzymanie jej wcale nie oznaczało pławienia się w luksusach. "Gdyby nie premia za obecność, zarabiałabym najniższą krajową" - zauważa Elżbieta. Kierownicy takich dodatków nie dostawali.

"Od tego są, to posprzątają"

Praca w sklepie to również obsługa klienta. A ci często bywają roszczeniowi i niewdzięczni. "Większość ludzi uważa, że osoby pracujące za kasą to nieuki. Brak im zrozumienia i cierpliwości, nie potrafią uszanować pracy" - mówi Wirtualnej Polsce Agata i przytacza sytuację, gdy jedna z klientek rozbiła butelkę i nikomu o tym nie powiedziała. W rozmowie z córką stwierdziła tylko, że obsługa sklepu posprząta, bo "od tego jest".

Zdarza się, że pracownicy słyszą obelgi z ust zniecierpliwionych klientów. Nie brakuje też jednak osób, którym przeszkadza, że coś dzieje się... za szybko. Jak np. kasowanie zakupów przy taśmie, bo nie nadążają z pakowaniem.

Ewa cieszy się, że odeszła z pracy. Mówi, że dopiero teraz odżywa. "Premie widmo i paczki na święta nie były warte tego, by narażać swoje życie - psychiczne i mentalne" - stwierdza bez ogródek.

Źródło: Wirtualna Polska

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.