Jemy zdrowiej, a może przeciwnie? Co z gotowaniem i zakupami? Pandemia to masa zmian, ale... przywykliśmy

Niektórzy sądzili, że potrwa kilka tygodni. Minął rok, a końca nie widać. Co w tym czasie się zmieniło? Wiele. Także nasze zwyczaje kulinarne. W ciągu tych 12 miesięcy w naszych kuchniach i głowach przewinęła się masa nowych rozwiązań lub przeciwnie - powrót do babcinych metod.

4 marca mija rok od stwierdzenia w Polsce pierwszego przypadku zakażenia koronawirusem. Nikt nie przeczuwał jeszcze wtedy, jak najbliższe miesiące zmienią naszą rzeczywistość pod wieloma względami. Tysiące Polaków straciło bliskich, zmagało się z problemami zdrowotnymi, walczyło o przetrwanie w biznesie i na rynku pracy. Po 12 trudnych miesiącach pokazujemy w Gazeta.pl pandemiczną codzienność z różnych perspektyw. Spoglądamy także w przyszłość - z ostrożnością, ale i nadzieją. Wszystkie teksty na ten temat znajdziesz tutaj.

***

Tłumy w sklepach, a półki puste

Początek pandemii był ogromnym szokiem dla społeczeństwa. Gdy pojawiły się pierwsze informacje o koronawirusie w Europie, wiele osób zaczęło interesować się tym, jakie zapasy warto robić. Szybko w sklepach pojawiły się tłumy. Masowo wykupowano produkty o przedłużonej przydatności do spożycia, jak makarony, ryże, mąki, płatki zbożowe, cukier czy konserwy. Zdjęcia długich kolejek do sklepów i opustoszałych regałów dosłownie bombardowały internet.

Puste półki w sklepiePuste półki w sklepie Fot. Grzegorz Skowronek / AG

Polacy się bali i robili bardzo duże zapasy, bo nie było wiadomo, czy nie będzie całkowitego lockdownu i czy w sklepach będzie żywność. Nie było makaronów i innych przetworzonych rzeczy, które znikały w pierwszej kolejności

- mówi dr hab. Magdalena Górnicka, autorka dwóch badań dotyczących zmian w żywieniu i stylu życia Polaków w czasie pandemii. Chętniej sięgaliśmy też po naturalne, babcine remedia na wzmocnienie odporności. Jak mówi prof. dr hab. Jadwiga Hamułka, będąca współautorką wspomnianych publikacji: - W drugim badaniu okazało się, że ludzie byli też bardziej zainteresowani kupowaniem produktów prozdrowotnych, czyli miodu, imbiru, czosnku, czarnego bzu czy cytryny.

Kupujemy więcej online? Tak, ale jedna grupa się wyłamuje

Pandemia sprawiła, że sytuacja finansowa Polaków się pogorszyła - wskazało na to 44 proc. respondentów badania przeprowadzonego przez KPGM. Pociągnęło to za sobą zmiany w robieniu zakupów - 75 proc. Polaków przyznało, że zmieniło zwyczaje wydatkowe, zaś połowa z nas wstrzymywała się z wydatkami innymi niż niezbędne. Sporo osób zaczęło kupować online, już nie tylko ubrania czy elektronikę, lecz także jedzenie - to deklaracja 29 proc. respondentów. 90 proc. stwierdziło, że będzie to robić w dalszym ciągu. Mimo utrudnionego korzystania ze sklepów stacjonarnych i dużych ułatwień w zakupach online większość, bo ok. 66 proc. badanych, nie zrezygnowała z wizyt w marketach - to najczęściej osoby w wieku 55-69 lat.

- Wyniki badań prowadzonych w Instytucie Nauk o Żywieniu Człowieka wskazały, że 39 proc. respondentów obawiała się ograniczeń w dostępie do żywności ze względu na rozprzestrzenianie się pandemii, a 44 proc. respondentów zadeklarowało, że kupuje większe ilości jedzenia - dodaje dr hab. Górnicka.

Zakupy stacjonarne w późniejszych miesiącach stały się prostsze, zarówno z uwagi na większą dostępność (łagodniejsze restrykcje w sklepach), jak i nasze nastawienie. Jak wskazuje prof. dr hab. Jadwiga Hamułka: - Nasze badania były robione na początku pandemii. Myślę, że teraz odczucia i nastawienie do całej sytuacji się nieco zmieniły.

Kolejki przed sklepami w Warszawie po zaostrzeniu przepisów o poruszaniu się w miejscach publicznychKolejki przed sklepami w Warszawie po zaostrzeniu przepisów o poruszaniu się w miejscach publicznych Fot. Maciek Jaźwiecki / Agencja Gazeta

Jedyne, co się wypłaszczyło, to nasze nastroje

Czy można powiedzieć, że na początku pandemii odżywialiśmy się zdrowiej? Okazuje się, że i tak, i nie. - Połowa osób niespecjalnie wprowadziła jakiekolwiek zmiany, 28 proc. zadeklarowało wprowadzenie "zdrowszej diety", a 19,4 proc. zaczęło jeść gorzej - mówi dr hab. Górnicka. Trudno więc jednoznacznie stwierdzić, że w początkowym okresie pandemii wszyscy Polacy zaczęli bardziej dbać o jakość tego, co kładli na talerzu. Jak dodaje ekspertka: - Wyodrębniły się dwa kierunki. Jedne osoby zaczęły bardziej dbać o to, co jedzą (raczej były to osoby młodsze), natomiast pojawiła się też grupa, która w pandemii niezbyt przykładała uwagę do ilości i jakości jedzenia.

Z innych badań i obserwacji wynika, że mniej więcej tyle samo osób przytyło, co schudło. Są wśród nich takie, które miały obawy przed przyjmowaniem posiłków w ogóle, co było wynikiem stanów depresyjnych czy stresu związanego z niepewną sytuacją epidemiczną

- dodaje prof. dr hab. Hamułka.

Jeśli chodzi o późniejsze miesiące, nastroje się nieco zmieniły. Zmęczyliśmy się pandemią, która miała trwać kilka tygodni - a przynajmniej tak sobie wmawialiśmy. Obecnie wygląda na to, że przywykliśmy do zmiany stylu życia.

- Na pewno zmieniło się to generalnie wśród młodszych osób, bardziej aktywnych zawodowo, w tej chwili w dużej mierze pracujących w domu. Z moich obserwacji wynika, że wcześniej więcej gotowali samodzielnie. Teraz wzrosło spożycie gotowej żywności zamawianej do domu - czy to w formie diety pudełkowej, czy na wynos - mówi prof. dr hab. Hamułka.

A czy restauratorzy zauważają zmiany w zamówieniach? Czy zamawiając w knajpach, wybieramy zdrowsze propozycje?

Nie widzimy znacznej różnicy w zachowaniu dotyczącym diety gości. Po prostu goście chętniej korzystają z promocyjnych cen, szczególnie w czasach, kiedy wiele osób jest w gorszej sytuacji finansowej. Synergicznie wspieramy się wzajemnie - my oferujemy atrakcyjne ceny dań, a goście - zamawiając - pomagają nam przetrwać

- powiedział nam Marcin Wachowicz, właściciel warszawskich restauracji AIOLI, Sing Sing i Banjaluka.

Gastronomia: monstrualne straty, zwolnienia, lawina bankructw

Jedną z najbardziej poszkodowanych przez pandemię i związane z nią obostrzenia branż jest gastronomia. Zmiany w zasadach bezpieczeństwa na przestrzeni kilku miesięcy, a późniejsze czteromiesięczne całkowite zamknięcie lokali z wyłączeniem sprzedaży dań na wynos wielu restauratorów doprowadziło do bankructwa (lub gorzej) i spowodowało masowe zwolnienia pracowników. Branża gastronomiczna w 2019 roku była warta 36,6 mld zł. Szacuje się, że 2020 przyniósł straty w wysokości nawet 30 mld zł. Jak wynika z analiz Izby Gospodarczej Gastronomii Polskiej, aż 90 proc. lokali utraciło płynność finansową lub jest na jej granicy. Po poluzowaniu obostrzeń 1 na 5 restauracji przestanie funkcjonować. Więcej o tym:

Restauracja Wuwu w KoneserzeGastronomia w tragicznej sytuacji. Pracę może stracić nawet 250 tys. osób

Przedstawiciele branży załamują ręce i wytykają rządowi brak działania. Jak mówił ostatnio Jacek Czauderna, prezes IGGP w rozmowie z Horeca Trends, ministerstwo zdrowia ignoruje sugestie Izby oraz Sztabu Kryzysowego Gastronomii Polskiej, podczas gdy obie te organizacje skupiają 90 proc. instytucji gastronomicznych w Polsce. Mówił także o sposobach na podniesienie lokali z kolan.

W trybie natychmiastowym powinna być uruchomiona działalność w ogródkach sezonowych, z natury posiadających wystarczające "wietrzenie", o którym to problemie wspominał premier Morawiecki.

- Rząd musi w trybie pilnym wprowadzić program subwencji finansowych dla wszystkich firm zamkniętych, które reprezentują tylko jedno kryterium, a mianowicie spadek sprzedaży powyżej 50 proc. - dodał. - Bez tego programu tysiące firm ogłoszą bankructwo, a setki tysięcy ludzi stracą pracę.

Na takie wsparcie mogą liczyć między innymi Francuzi. Więcej o tym:

Francja zamknięta restauracjaFrancja. Gastro ma takie wsparcie rządu, że nie opłaca się otwierać knajp

Pomimo krytycznej sytuacji, wielu restauratorów walczy dalej. Jak? Jak się da. Starają się przyciągnąć klientów na każdy możliwy sposób. Swoimi metodami podzielił się z nami Marcin Wachowicz:

- Poza wynosami mamy także sprzedaż wyrobów w słoikach, kaw i herbat, które sprzedajemy nie tylko w restauracjach, lecz także w miejscach partnerskich. Wprowadziliśmy sprzedaż śniadań i lunchów w biurowcach, co jest trochę utrudnione przez pracę zdalną pracowników korporacji. Mamy także catering na wzór tych dietetycznych. Staramy się działać nieszablonowo poprzez akcje marketingowe i silną sprzedaż naszych produktów. Nie wszystkie nasze pomysły się sprawdziły, jednak próbujemy wszystkiego, byle przetrwać.

Gotowanie w domu nam się znudziło

Gotowanie w domu nam się znudziłoGotowanie w domu nam się znudziło fot. Mateusz Feliksik / shutterstock.com

Szczególnie podczas pierwszej fali pandemii, gdy większość osób była zamknięta w domach, zaczęliśmy więcej gotować na własną rękę. Zalecana izolacja społeczna i zamknięte lokale gastronomiczne wymusiły konieczność rezygnacji z gotowego jedzenia. Najbardziej interesowały nas domowe chleby i potrawy, które można zamrozić lub zamknąć w słoiku, zawekować i przechowywać nawet przez kilka miesięcy.

Chleb z naczynia żaroodpornegoChleb z naczynia żaroodpornego - przepis na pyszny domowy wypiek

- Niemal połowa badanych, bo aż 48 proc., deklarowała, że w ogóle zaczęła spożywać więcej posiłków przygotowywanych w domu. 40 proc. zwiększyło wyrób i spożycie domowych słodyczy, natomiast 29 proc. kupowało mniej gotowych wyrobów cukierniczych ze sklepów - mówi dr hab. Górnicka.

W późniejszych miesiącach, gdy rząd poluzował obostrzenia i mogliśmy na powrót korzystać z restauracji, te trendy nieco osłabły. Ma to także związek z akcjami, które miały (i w dalszym ciągu mają) na celu wspieranie gastronomii. Wiele osób zaczęło zamawiać jedzenie na wynos lub w dostawie zarówno po to, by wyręczyć się w samodzielnym gotowaniu, jak i wspomóc restauracje, których obroty drastycznie spadły.

Goście zamawiają na wynos chętniej niż przed pandemią, jednak dlatego, że restauracje są po prostu zamknięte. Lokale nie zarabiają tyle, co wcześniej, natomiast wynosy to nasz ratunek

- mówi Marcin Wachowicz.

 - Taki trend przejawia się szczególnie wśród osób młodszych i bardziej świadomych trudności, z jakimi zmaga się branża gastronomiczna - dodaje prof. dr hab. Hamułka.

Przed pandemią szkoły gotowania przeżywały prawdziwe natarcie. Miła atmosfera i czujne oko profesjonalnych kucharzy - takie wyjście do knajpy w duchu do it yourself. Czy można stworzyć lepsze warunki do nauki gotowania? Pandemia znacznie przygasiła zapał zarówno gości, jak i organizatorów. Jednak ci się nie poddali.

- Jeśli chodzi o lekcje gotowania oczywiście zmieniło się wiele - mówi Michał Toczyłowski, szef kuchni, który pracuje także w jednej z warszawskich szkół gotowania. - Przede wszystkim zgrupowania powyżej pięciu osób są wciąż nielegalne, zatem stacjonarne warsztaty kulinarne praktycznie nie funkcjonują. Jeśli już, to robimy je kameralnie - takie prywatne lekcje gotowania dla czterech osób.

Widać, że ludzie za tym tęsknią, za wspólnym gotowaniem, spotkaniem się przy stole ze znajomymi i odkrywaniem nowych smaków, co jest też utrudnione przez zamknięte restauracje.

- Są też warsztaty online - dodaje. - Te cieszą się dość sporym zainteresowaniem, ale nie zawsze ta forma warsztatów odpowiada potencjalnym odbiorcom. A plusów jest wiele: transmisja jest zwykle zapisana, więc można do niej wrócić, kiedy tylko chcemy. Nie wychodzimy z domu, zatem możemy gotować w dresie czy piżamie. To, ile wydamy na zakupy zależy od tego, co mamy w domu, a to znaczy, że taki warsztat może wyjść taniej niż warsztat stacjonarny. Sam bilet to koszt raptem 25-35 zł.

Choć na powrót gotujemy w domach coraz mniej, takie warsztaty to całkiem przyjemna forma spędzenia wolnego czasu, a przy okazji podszlifowania swoich umiejętności. Podobnie jak zamawianie dań typu do it yourself, które oferuje sporo knajp. Sprzedają składniki lub na pół gotowe potrawy, które musimy dokończyć. Dzięki temu mamy posiłek przygotowany na świeżo i o prawdziwie restauracyjnej jakości.

*

Pandemia odwróciła wszystko do góry nogami, początkowo także nasze nawyki żywieniowe. Okazuje się jednak, że wyjątkowo dobrze potrafiliśmy dostosować się do nowej rzeczywistości. Jak pokazuje historia, mamy w tym już pewne doświadczenie.

Więcej o: