Producentka MasterChef Junior - Ewa Leja: Chciałabym być dzieckiem, żeby przeżyć coś takiego

Od 3 marca emitowane są odcinki kolejnej, czwartej już, edycji programu MasterChef Junior. Czterdziestka dzieciaków w wieku 8-13 lat podejmie kulinarne wyzwanie, by zdobyć tytuł Mistrza Kuchni Juniorów. W rozmowie z producentką, Ewą Leją, dowiedzieliśmy się, jakie dzieci przychodzą do programu, czy pojawiają się kibicujące mamuśki i jak uczestnicy poprzednich trzech edycji wspominają swoje kulinarne doświadczenia z MasterChefem.

Jaką drogę musi pokonać uczestnik, żeby się tu znaleźć? Krążą legendy, że uczycie dzieci gotować przez trzy tygodnie i mogą się tutaj wszystkiego nauczyć - że ważny jest ten błysk w oku i chęci, a nie sama umiejętność.

- To nie są legendy, ale oczywiście to nie są trzy tygodnie. Na podstawie castingów w całej Polsce wybieramy razem z kucharzami 40 dzieci, które tu zapraszamy. Mają one szkolenia przez 4 dni. Niektóre z nich lubią przygotowywać tylko desery, inne tylko mięso, jeszcze inne są wegetarianami. Szkolenia są po to, aby wyrównać poziom i aby wiedzieć, na co stać nasze dzieci. W trakcie programu, gdy wiemy, jakie będą konkurencje, co cztery dni odbywają się jednodniowe treningi. Wiedząc, że pojawi się temat na przykład deserów czekoladowych, uczymy dzieci wszystkiego po trochu, czyli jak robić tarty czekoladowe, fondanty, kremy czekoladowe, muffinki.

W sporcie zawsze są kibicujące mamuśki, które krzyczą zza bandy do młodego piłkarza albo tenisisty. Czy jest tu przestrzeń dla takiej osoby? Czy rodzice ułatwiają pracę, a może przeszkadzają?

- W nagrywaniu programu rodzice nie przeszkadzają. Są oni cały czas na planie, bo muszą, bo są opiekunami. Natomiast w studiu są tylko na początku, przy pierwszych eliminacjach. Jest tak na całym świecie. Wiemy z doświadczenia, że dziecko przy rodzicach jest bardziej spięte, gorzej mu się pracuje.

Czyli nie dość, że ma wyzwanie w programie, to jeszcze stara się zadowolić rodzica?

- Dokładnie. Ono się denerwuje, że mama patrzy i na pewno będzie zła, że zrobiłem tak, a nie inaczej. Tłumaczę rodzicom: „Przecież nie jesteście w szkole na klasówkach. Dzieci się przy was bardziej denerwują.” Poza tym fajnie jest, jak syn czy córka wraca ze studia i opowiada rodzicom o wszystkim, co się działo na planie. Magia znika, jeśli wszyscy wszystko widzieli i rodzic jest jeszcze niezadowolony, że dziecko podało dwa ziemniaczki zamiast dwóch batatów.

Wielu rodziców może obawiać się, że pod presją kamer i całego produkcyjnego chaosu, dziecko wpadnie w histerię albo obetnie sobie palec. Jak czuwacie nad tym, żeby wszyscy wykonywali swoje ambitne zadania w czasie, a jednocześnie żeby było bezpiecznie?

- Przede wszystkim na pierwszych szkoleniach dzieciaki są uczone tego, jak posługiwać się przyrządami. Zazwyczaj przychodzą tu i kroją znakomicie, jak starzy szefowie kuchni. Ale są też uczone, jak się posługiwać sprzętem elektronicznym, czyli robotami, mikserami, blenderami czy jak pracować z kuchenkami gazowymi. To jest chyba największa trudność, bo obecnie w większości domów są kuchenki indukcyjne.

Oczywiście dzieci się kaleczą, ale mamy taki system, że jeśli zrobią sobie coś złego, podnoszą łapkę w górę. Mamy zawsze dwóch ratowników na planie, gotowych do pomocy. Tak naprawdę, największy wypadek w ciągu 4 lat zdarzył się w pierwszej edycji. Natalia, która potem wygrała program, przecięła sobie palec i musieliśmy ją natychmiast transportować do szpitala, żeby zszyto jej ranę. Skaleczenia nie zdarzają się częściej niż normalnie. Nawet jeśli dzieci mają całe ręce w plastrach, to takie sytuacje działają bardziej na psychikę: „Aaa, przez ten palec nie dam rady, nie zdążę!” Fizycznie to są małe skaleczenia.

Jaka jest różnica w pracy z dorosłymi i z dziećmi? Kto jest trudniejszy?

- Dzieci są bardziej otwarte, bardziej szczere, słuchają uważnie uwag, szybciej się uczą. Nawet jeśli niektóre nie potrafią znakomicie gotować, w trakcie trwania programu uczą się bardzo bardzo szybko. To jest najfajniejsze, że przyjmujemy dzieci, które mają pasję i talent. I jeśli dziecko uwielbia gotować – to my, w bardzo krótkim czasie, jesteśmy w stanie je nauczyć gotować naprawdę super rzeczy. Do tego oczywiście dochodzi dziecięca fantazja, bo tylko one potrafią połączyć ze sobą przedziwne produkty, które razem okazują się smaczne. To jest podstawowa różnica – fantazja, szczerość i szybkie uczenie się. Fajnie się pracuje z dziećmi.

Macie kontakt z uczestnikami z poprzednich edycji?

- Oczywiście, że tak. Bardzo często odwiedzają nas, gdy robimy castingi w różnych miastach. Wspierają program, ale głównie przychodzą po to, aby się z nami spotkać. Po spędzeniu dwóch miesięcy tutaj, stajemy się jedną, wielką rodziną. Oni tęsknią nawet za kierownikiem planu, który ich najbardziej ściga, kontroluje i nie pozwala wariować. Po programie ciepło wspominają takie wydarzenia.

Czy któryś z uczestników odniósł już jakiś spektakularny sukces, na przykład założył popularnego bloga? Niektóre dzieciaki przyszły do programu jako 13-latki, dzisiaj mają może 16-17 lat. Czy znalazły już swoją drogę?

- Natalka Paździor, która wygrała pierwszy program, jest wielką gwiazdą internetu. Co chwilę prowadzi jakieś szkolenia kulinarne warsztaty. Weszła w ten świat. Pośród młodzieży jest niebywale popularna. Tak samo jak Julka Cymbaluk czy Bartek Kwiecień. Również te dzieci, które nie wygrały, ale doszły bardzo daleko, idą dalej w tym kierunku. To dotyczy Kuby Tomaszczyka, który był drugim finalistą. Także bardzo spokojni: Patryk Piskorz czy Mateusz Steć. Oni uwielbiają gotować. Są też członkami akademii kulinarnej w Warszawie. Robią to, o czym marzą i rozwijają kariery godne dorosłych.

Czy ktoś się zraził do gotowania? Czy raczej dzieci więcej gotują po takiej przygodzie?

- Gotują więcej. Oczywiście jest taki moment, że dziecko ma kilkudniowy kryzys, gdy odpadnie z programu albo się w ogóle nie dostanie. Potem jednak wraca do gotowania i chce wrócić tutaj. W tym roku do Warszawy przyszło sześcioro dzieciaków z poprzedniej edycji mówiąc: „Proszę pani będziemy wszystkim opowiadać, że to jest największa przygoda życia, że chcielibyśmy jeszcze raz.” - i naprawdę tak myślą. To jest dla nich coś niebywałego.

Rzeczywiście wiesz, co się dzieje u każdego z tych uczestników. Myślę, że rodzice mogą spać spokojnie, bo ich dzieci są pod dobrą opieką.

- Oni naprawdę lubią tu być. Muszą potem nadrabiać zaległości w szkole, bo uciekają im dwa miesiące. Jednak wydaje mi się, że czas tu spędzony znaczy dla nich więcej niż rok lekcji. Naprawdę, dużo się tu uczą.

Niedawno rozpoczęła się czwarta edycja. Czy dzisiejsze 5-latki mogą się już przygotowywać na kolejne?

- Tak. W tym roku chyba pierwszy raz zgłosiło się do nas dużo dzieci, które zaczęły gotować, ponieważ zobaczyły pierwszą edycję MasterChefa Juniora. Rosły razem z programem i dzisiaj dorosły do tej roli. Po castingach wiem, że na kolejne edycje szykuje się spokojnie ponad 50-tka dzieciaków, które już ustawiają się w kolejce. Widzę, że to jest nieprawdopodobne doświadczenie dla młodzieży. Odpadnięcie z programu przynosi za sobą moment załamania, ale potem mówią „Wow, ale przygoda”. Chciałabym być dzieckiem, żeby przeżyć coś takiego.