Tak wyglądały komunie na przełomie wieków, teraz to nie do pomyślenia. "Dziadek wiózł wieprzka na taczkach"

Jak wyglądały komunie dwadzieścia lub więcej lat temu? Zupełnie inaczej, niż obecnie. Nikt nie pomyślał o wynajęciu lokalu, przyjęcia odbywały się w domu, a wszystkie ciotki zbierały się dużo wcześniej, żeby gotować. "Dzieci nie siedziały za stołem, brały w rękę po serniku i na dwór, a dorośli się gościli" - wspomina mój narzeczony.

Pierwsza komunia święta to bardzo ważne wydarzenie w życiu każdego katolika, zwłaszcza tego młodego, który tego ważnego dnia pierwszy raz "w pełni będzie uczestniczyć we mszy świętej". Oczywiście jest to nie tylko przeżycie natury duchowej, lecz także okazja do świętowania w gronie rodzinnym. Przez dziesięciolecia zmieniło się jednak mnóstwo rzeczy odnoszących się do świętowania pierwszych komunii. Nie chodzi o kwestię strojów dzieci komunijnych lub prezentów. Dziś skupimy się na tym, jak obchodzono komunie na przełomie lat dziewięćdziesiątych i dwutysięcznych. Na pewno zdziwicie się, gdy przeczytacie wypowiedzi.

Zobacz wideo

Jak wyglądały komunie ponad dwadzieścia lat temu?

Przede wszystkim przyjęcia komunijne odbywały się w domach. Najczęściej, ponieważ na wsiach, kiedy pogoda dopisywała, można było wynieść stoły i ławy na dwór i tam spędzić czas z bliskimi świętując pierwsze przyjęcie Eucharystii przez dziecko. Jednak wspomnienia cioci mojego narzeczonego, który miał swoją pierwszą komunię w 2000 roku są skupione na dwóch rzeczach - gotowaniu i domu. Mieszkamy w sąsiednich miejscowościach, lecz nasze komunie wyglądały zupełnie inaczej. Pani Małgosia tak to wspomina:

Ja i siostra mamy dzieci w tym samym wieku i zrobiłyśmy jedną komunię w domu. Gotowania było od czwartku, meble wynieśliśmy, żeby się goście pomieścili, a dziadek pięć kilometrów wiózł wieprzka na taczkach, bo się ciągnik zepsuł, i nie było jak go przewieźć.

Tak właśnie było - nie było dużej imprezy, bez "wieprzka" w tamtej rodzinie. Pani Gosia wspomina, że pracy było dużo, szczególnie gotowania. Jednak mówi też, że uwielbiała gotować i przygotowywać swojskie wyroby na komunie swoich dzieci i dzieci sióstr, bo każdemu smakowały schabowe, nóżki w galarecie, żołądki i ozorki w galarecie i świeżonka z cebulą i kraszonymi ziemniakami. Oczywiście nie mogło zabraknąć także sałatki jarzynowej i pysznych śledzików. Te potrawy to pokłosie PRL-u, ale do dziś te królują na wielu imprezach. Jednak na komuniach już coraz rzadziej. Mimo wszystko te uroczystości wszędzie wyglądały podobnie. Ola, koleżanka z redakcji pochodząca z Radomia, tak wspomina swoją uroczystość.

Miałam komunię w 2000 roku. Rodzice wszystko zorganizowali w domu. Wtedy robienie komunii w fancy restauracjach nie było jeszcze tak modne i popularne. Nawet nie jestem pewna, czy w moim mieście były wtedy jakieś fancy restauracje. Do tej pory nie mam pojęcia, jak się wszyscy pomieściliśmy na tych kilkudziesięciu metrach kwadratowych. Nie dość, że była najbliższa rodzina, to jeszcze przyjechali krewni z innych miast, między innymi chrzestny ze swoją rodziną. Musieliśmy więc zmieścić się w jakieś 30 osób przy stole, przy którym wygodnie może usiąść około 10. Całe jedzenie robiła moja mama.

Kiedy jednak zapytałam mojego narzeczonego, jak wspomina swoją komunię, powiedział, że pamięta wszystko dokładnie. Jego przyjęcie komunijne było organizowane wspólnie z jego siostrą cioteczną. Tak bardzo cieszyli się z prezentów, że nie siedzieli z rodziną przy stole, tylko brali w garść po serniku i na rowery (które dostali). Bawili się tak swobodnie, że jedno skończyło z guzem i startymi łokciami, drugie prawie wpadło do studni. "Ale oczywiście był rosołek i flaki. Takie wiesz, w twoim stylu, bo babcia robiła".

Miałam komunię w 2005 roku. Rodzice wyszli na "burżujów"

Moja Pierwsza Komunia Święta odbyła się w 2005 roku i w tamtym czasie wciąż normą były przyjęcia komunijne w domach. Moi rodzice jednak wynajęli szkołę, a dokładnie salę gimnastyczną oraz panie kucharki, które na co dzień w tej szkole gotowały. Powód tego był bardzo prosty - mieliśmy mały dom, zasadniczo jeden pokój i bardzo dużą rodzinę (ponad 50 najbliższych osób). Nie było opcji, żebyśmy zmieścili się na dwudziestu metrach kwadratowych, a jedna osoba nie dałaby rady przygotować jedzenia na przyjęcie komunijne dla takiej liczby gości. Moja rodzinna miejscowość jest mała i od razu pojawiły się plotki - że cytuję "się w d*pach poprzewracało, żeby sale dla dzieciaka zamawiać". Może to zazdrość, może niewiedza, dziś to nikogo nie dziwi.

Komunia jak wesele - nowa moda czy norma?

Obecnie przyjęcia komunijne organizuje się w lokalach, restauracjach lub nawet w domach weselnych. Czy to jest powód do zdziwienia? Moim zdaniem nie. To duża wygoda i oszczędność czasu i przede wszystkim nerwów. Wystarczy omówić z obsługą menu i kilka innych organizacyjnych kwestii i świętować w spokoju z najbliższymi.

Jednak moda na organizację przyjęć komunijnych ma też drugą stronę - za "talerzyk" czasami trzeba zapłacić tyle, co za dwudniowe wesele. Kuzynka, która w tym roku organizuje komunię swojej córki w lokalu, wspomina, że koszt talerzyka za jedną osobę to 230 zł bez ciast i napojów. W sumie można trochę porównać jej przypadek do wesela - jest lokal, jest rodzina, pyszne jedzenie, tort i piękność w białej sukience. Tylko gdzie w tym wszystkim istota komunii?

Co dostaliście na swoją komunię?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.