Sprawdzili, co jest w kebabach. Baranina? "Nie wykryliśmy w żadnej próbce"

Polacy pokochali kebaby. Wielu prawdopodobnie nie ma jednak pojęcia, co się w nich znajduje. A lista niekiedy jest naprawdę długa. Sprawdził to dziennikarz "Uwagi" TVN. Nie dość, że mięso, które wybieramy, zazwyczaj nie ma nic wspólnego z deklarowanym gatunkiem, to jeszcze jest pełne zupełnie niepotrzebnych dodatków. W efekcie zajadamy się tzw. kulą mocy, która obok wysokiej jakości mięsa nawet nie stała.

Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych przeprowadziła kontrolę miejsc, w których sprzedawane są kebaby. Jej wyniki były zatrważające. Nieprawidłowości stwierdzono w aż 80 proc. sprawdzonych punktów. W większości przypadków chodziło o składniki, które w daniu miały być, a w rzeczywistości nie było po nich śladu. Powszechną praktyką było dodawanie do deklarowanego gatunku mięsa, np. wołowego, drobiu, a nawet wieprzowiny. 

Zobacz wideo Chcesz zjeść dobry kebab? Zrób go w domu z naszego przepisu

Polacy uwielbiają kebaby. Ale czy wiedzą, co jedzą? "Jak będziecie mieli dobry sos, to zabije ten smak"

Dziennikarz programu "Uwaga" TVN postanowił sam przyjrzeć się polskim kebabom i przygotował dwuczęściowy reportaż. O pomoc poprosił popularnego youtubera MrKryhę, który słynie m.in. właśnie z testowania kebabów w całej Polsce. Influencer ocenił trzy. Pierwszy uznał za tzw. kulę mocy, czyli mielonkę z dodatkiem np. drobiowego tłuszczu i innych wypełniaczy. Drugi wypadł jego zdaniem lepiej. Powiedział, że "czuć mięso". Trzeci, który miał być kebabem wołowym, to zdaniem MrKryhy mielonka z mechanicznie oddzielanym od kości mięsem drobiowym. Dziennikarz pobrał próbki z każdego mięsa i przekazał je do laboratorium, by tam zbadano ich skład.

Ekipa "Uwagi" odwiedziła też hurtownię, w której sprzedawane są wspomniane wcześniej kule mocy. Sprzedawca przekonywał, że "cała okolica to bierze" i radził, by "dodać dużo sosu". 

Musicie ogarnąć sobie do tego dobre sosy, dużo sosów. I świeże surówki. Ale przede wszystkim dobre sosy. Bo nawet jak mięso jest troszeczkę gorsze jakościowo, to jak będziecie mieli dobry sos, no to wszystko zabije ten smak sosu

- powiedział. 

Dziennikarka TVN przeczytała też skład oferowanego w hurtowni produktu. Owszem, było w nim mięso wołowe, ale tylko 42 proc. Pozostałe składniki to m.in. 29 proc. mięsa drobiowego, woda, bułka tarta, tłuszcz wołowy, substancje zagęszczające, skrobia ziemniaczana, regulator kwasowości.

Sprawdzili, co jest w kebabach. Baraniny ze świecą szukać

W drugiej części reportażu dziennikarz podzielił się z widzami wynikami badań mięsa. Te, podobnie jak po kontroli IJHARS, wołały o pomstę do nieba. Myślicie, że w przetestowanych kebabach była choć odrobina baraniny, o której obecności zapewniali sprzedawcy? Nic podobnego. 

Nie wykryliśmy w żadnej z próbek baraniny

- powiedział Michał Dąbrowski z firmy SGS Polska, która wykonała badania.

W pierwszej próbce znajdowało się aż 64 proc. kurczaka. Reszta to wołowina i indyk. Druga badana próbka miała być z kebabu wołowego, ale wołowiny było w niej tylko 36 proc. Ostatnia, z mięsa sprzedawanego jako wołowo-baranie, składała się natomiast tylko z wołowiny. 

W mięsie wykryte zostały też różne gatunki roślin: soja, pszenica, kukurydza oraz żyto. Są stosowane jako wypełniacze, które mają obniżyć koszt produkcji. Prawdopodobnie do mięsa dorzucone zostały więc mąka pszenna lub bułka tarta oraz skrobia kukurydziana.

Nie ma zatem wątpliwości, że konsumenci regularnie są wprowadzani w błąd. MrKryha po zapoznaniu się z wynikami badań przyznał, że jest rozczarowany, choć się tego spodziewał. Stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem byłoby samouregulowanie się branży, ale do tego jeszcze daleka droga.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.